wtorek, 18 marca 2025

Thayański układ - Kiara Saaid

Kim jest bohaterka?

Kiara Saaid to kapłanka bogini Sune pochodząca z Zakhary. Trafiła na Wybrzeże Mieczy w poszukiwaniu swojej córki Adii, która została porwana przez Kult Smoka. W trakcie podróży poznała Gaspara, Shina i Belmora.

Poniższe wydarzenia mają miejsce po powrocie Rodziny Zastępczej z Thayu. Kiara opowiedziała się przed wszystkimi władcami Wybrzeża Mieczy za sojuszem z Czerwonymi Czarodziejami i Szass Tamem, by zwiększyć szanse na zwycięstwo z Kultem.

Pytanie brzmi: jakim kosztem? 


Otarła usta wciąż czując na języku smak żółci. Który raz zwymiotowała od powrotu do Waterdeep? Pokręciła głową, po czym podniosła się z zimnej posadzki świątynnej toalety. 

Tańczące płomyki lamp oświetlały chaotycznie puste pomieszczenie, któremu daleko było do aktualnych standardów miasta. Brak łaźni, podgrzewanej wody, wygodnych, luksusowych basenów: jedynie surowe latryny z kilkoma pustymi baliami. To, że nikt z kapłanów się tu nie zapuszczał, było Kiarze w tej chwili bardzo na rękę.

Jej niebieskie oczy odbijały się w zmatowiałym lustrze, by od razu zmienić barwę na ciemną zieleń. Poszarzała, blada skóra. Zapuchnięte oczy i cieknący nos. To jest Wybranka Sune, mająca nieść jej imię pośród ludu?

Znów poczuła mdłości.

Poparła wszystko, co było sprzeczne z wyznawanymi przez nią wartościami. Zupełną odwrotność każdej cnoty jej bogini. 

Nie powinna była stracić nad sobą panowania podczas Rady. Ale tak bardzo bała się, że ktoś zobaczy skazę, rysę na tym, co zaczęła sobą reprezentować…

Przez ostatnie dni czuła wokół siebie śmierć i cierpienie. Nekromantyczna magia przenikała każdy cal jej ciała, szeptała do niej brudnymi półsłówkami. Każdy wdech pełen thayańskiego odoru wywoływał torsje, które musiała ukrywać.

I ci wszyscy ludzie. Beznadziejny wzrok niewolników pełen jednego uczucia: akceptacji własnego losu wśród nieumarłych, którymi i oni staną się po śmierci.

Odruch wymiotny zgiął Kiarę wpół.

Nie mogła okazać wątpliwości. Podjęła decyzję, poparła sprawę. Ufała, że kobieta, którą poznała bodaj trzy dobry wcześniej, będzie dzięki temu w stanie z upływem czasu zakończyć to szaleństwo.

A być może zrobi to z jej pomocą.
Zaczerpnęła łapczywie powietrze, zaciskając dłonie na pustym żołądku. Nie powinna wspominać o tym Belmorowi. Widziała jego sceptycyzm, pobłażliwość dla jej lekkomyślności i… zmartwienie. Pokłady strachu, do którego się nie przyznawał.

Marzenie Kiary o spokojnym życiu na Wybrzeżu Mieczy rozpłynęło się w dniu, w którym przemówiła do niej bogini. Do końca swoich dni będzie głosem Sune, jej rękami i wolą w tym świecie. Jak więc ma odwracać się od tych, którzy najbardziej potrzebują miłości?

Została Wybranką Sune. I nie może siedzieć z założonymi rękami. Najpierw jednak trzeba skończyć to, co zaczął Severin.

Muszą wygrać. Muszą przeżyć. Muszą nieść nadzieję na to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Zdusiła łzy i wyprostowała się z godnością.

Tylko wiara pozwoli mi przetrwać.

Tylko miłość pozwoli mi iść dalej.

Tylko pewność własnych decyzji pozwoli mi patrzeć w przyszłość.

Nie mogła okazać strachu i słabości. Widziała w jaki sposób patrzą na nich mieszkańcy. Wystarczyła chwila, by wśród kapłanów rozpoczęły się szepty po ich powrocie z Thayu z nietęgimi minami.

Chcąc nie chcąc zostali symbolem tej wojny. Każda akcja spotka się z reakcją. Wszystkie gesty czy decyzje nie pozostaną niezauważone.

Uniosła wzrok, po czym przejechała palcem po niewielkiej różowej linii na lewym policzku. Pamiątka po starciu z zielonym smokiem.

Jak wiele czeka nas w trakcie tej wojny?

Westchnęła na myśl o tym, co powiedział im dziś Leosin o Varram. Jej egzekucja wywołała w Kiarze tylko jedno uczucie.

Współczucie.

Kult wyrządził już tyle zła. Tyle cierpienia. Ile jeszcze będą musieli wytrzymać? Jak wiele bólu to oni będą zmuszeni zadać, stając przeciw Tiamat?

Nawet Belmor nie wrócił z Thayu nieporuszony. Poznała go na tyle, by widzieć, jak przez wszystkie lata stawiał wokół siebie mur, sprawiając wrażenie kamiennoskórego łowcy głów. Czasem jednak opuszczał bariery, pozwalając kapłance dostrzec prawdziwego siebie. Nieco zagubionego, wciąż poszukującego odpowiedzi na to, dlaczego został sam. 

Czy Sardior wskaże mu wreszcie kierunek? Jak może trzymać w niepewności tak…

Troskliwego i kochającego partnera, który dopiero po ponad dwudziestu latach miał komu to okazać. Bawiło ją to, kiedy twierdził, że brakuje mu ogłady. Najwyraźniej miał jej wystarczająco, by skraść serce Wybranki Sune. Tak odważny, tak niezłomny. Pomyśleć, że kiedyś przeszło mu przez myśl, że pragnęła go z litości. To wydawało się dziać bardzo dawno temu.

Spojrzała na swoje dłonie. Długie, ciemne palce rozprostowały się i zacisnęły znów. Nie mogły różnić się bardziej od ametystowych łap zakończonych szponami.

Dziękowała swojej bogini za postawienie Belmora na swojej drodze, ale nie zapomni wyrazu jego twarzy, kiedy ktoś wspomniał o długowieczności firbolgów. Nie dopuszczała do siebie myśli, że nie zestarzeją się wspólnie, patrząc wieczorami na zachód słońca. Ona ma przed sobą jeszcze wiek. Może dwa, w zależności od tego kim był jej ojciec. Ale on?

Oddałaby wszystkie swoje przyszłe lata, by ich do siebie zrównać. Nawet gdyby musiała znosić jego gderanie o „zrobieniu głupoty”. Uśmiechnęła się do siebie słabo. Ból w żołądku wzmógł się, ale z zupełnie innej przyczyny niż wcześniej.

Ciemność za witrażami świątyni zaczęła ustępować szarości. Chociaż poranek ją zaskoczył, odruchowo zamknęła oczy, wymawiając krótką modlitwę.

Moyo wangu wakusifu. Nafsi yangu inakusifu. Ee Bibi wa Upendo, nihurumie. Moje serce cię chwali. Moja dusza cię wysławia. O Pani Miłości, bądź mi łaskawa.

Przyjemne ciepło wypełniło jej ciało, zachęcając do działania.

Za wcześnie na spotkanie z Shinem czy Gasparem. Nie chciała też niepokoić Belmora, który potrzebował odpoczynku, a jeszcze bardziej pobycia w samotności. Z kolei ona musiała czymś zająć myśli i ręce. I to szybko.

Wyciągnęła z torby zbroję, po czym przeczesała dłońmi ogniste kosmyki włosów. Z zewnątrz dochodziły ją już głosy ludzi zbierających się przed świątynią w oczekiwaniu na pomoc kleryków.

Wyprostowała się, patrząc sobie w złote, pełne determinacji oczy.

Jak mogłaby im odmówić? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz