Kim jest bohaterka?
Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.
Kolejny raz przewracam się z boku na bok, a olbrzymi pokój odbija echem moje zniecierpliwione westchnienia. Wielkie, skandalicznie wygodnie łóżko otulające każdy fragment mojego ciała nie może równać się z dziesiątkami myśli krążących w mojej głowie. Zwłaszcza, że stały się jeszcze głośniejsze, kiedy zostałam z nimi sama.
Odrzuciłam jedwabne okrycie, którego miękkość wydawała mi się nieznośnie szorstka. Wszystko tu wydawało mi się tak bardzo nie na miejscu, chociaż…
Chociaż to ja pasowałam tu jak womp rat do Hoth.
Podeszłam do wielkiej misy stojącej przy ścianie, obmywając twarz wodą pachnącą różami.
Metaliczny zapach krwi, strachu i bólu wśród wilgotnych roślin ukrytych w podziemnych tunelach. Krzyki, zawodzenia, złość.
Otworzyłam oczy, rozpaczliwie opierając się o bogato rzeźbiony kredens. Łykałam powietrze, jakbym właśnie wynurzyła się z lodowatej toni niechcącej przepuścić mnie przez powierzchnię tafli.
Niepewnie ruszyłam stopami, przysiadając na pobliskiej ławie. Tak wiele wydarzeń, tak mało czasu. Od Volinus moja medytacja wydawała się płytsza niż zwykle, bardziej niespokojna. A kiedy tylko przybyliśmy na Quen nie miałam nawet chwili przeanalizować tego, co się stało. Odetchnęłam powoli, dyscypliną przywołując do porządku moje drgające dłonie. Wkrótce bicie serca powróciło do odpowiedniego rytmu, a ja mogłam zająć się tym, co powinnam zrobić już dawno.
Kontrola. Opanowanie. Dyscyplina.
Usiadłam w pozycji medytacyjnej i zamknęłam oczy. Powoli odsiałam wszystkie zbędne myśli, pozostawiając te niepozwalające o sobie zapomnieć. Jak zwykle zajmę się nimi po kolei, rozwiązując problemy lub tworząc kolejne cele, do których będę dążyć.
Nir’she. Nie lubię być wodzona za nos. Ciężko jednak nie przyznać, że w noc Belath podążyłam za nią do Świątyni z własnej woli. Mogłam odmówić. Mogłam przerwać późniejszy rytuał, jednak dołączyłam do niego. I nawet przez chwilę nie pomyślałam, że żałuję owych zdarzeń. Były fascynujące, w pewnym stopniu… ekscytujące.
I na tym poprzestanę. Jestem Jedi, nie jedną z jej „sióstr”. Spokój nie jest kłamstwem. Siłę osiągam przez wiedzę i zrozumienie. A pasja…
Jestem wdzięczna kuzynce, że kolejnego dnia pomogła mi dotrzeć do moich wspomnień. Nie spodziewałam się jednak, że będzie w związku z tym tak nieodpowiedzialna. Niemal tak samo jak ja.
Złość. Wściekłość. Emocje rozlewające się po całym ciele wrząc w moich żyłach jak lawa.
Gdyby nie wsparcie Any w tamtym momencie mogłam nie dać rady tego odeprzeć. Pomimo całego życia treningu, mimo wiedzy co kryje się za tymi drzwiami… Nie byłam gotowa.
Przez dwadzieścia lat wypierałam tamte wydarzenia, skupiając się jedynie na wycinkach, które dawały mi motywację. Które obciążały moje sumienie. Sprawiały, że czułam, że nie zasługuję na bliskość. Nie zasługuję na zaufanie, przyjaźń i miłość.
Czy to… mogła nie być moja wina? Czy coś było w stanie złamać moją wątłą, dziecięcą wolę i skłonić do…
Zacisnęłam dłonie, by po chwili całą sobą zmusić się do ich rozluźnienia. Dość. Muszę wytropić i zrozumieć istotę, którą widziałam. Była tak nienaturalna, tak specyficzna, że…
Wtedy obraz beskarowej bestii w moim umyśle zaczął się zmieniać. Połączenie ochłapów ciała ze stalą… Otaczająca go aura… I zemsta będąca jedynym, co utrzymuje go przy życiu.
Chcesz być taka jak on?
Chcesz ślepo podążać za zemstą?
Chcesz być NIM?
Przed oczami zobaczyłam Dorna stojącego przede mną w kombinezonie pilota. Poprzedniego dnia dużo się do mnie uśmiechał zanim zepsułam wieczór. Chyba przeprosił mnie za to, że zniknął bez słowa…
Rozłupana wpół szczeka, wzrok wpatrujący się w nicość, okaleczone ciało mężczyzny, który wzywał mnie na pomoc. Przyjaciela. Jednej z niewielu osób, które widziały we mnie coś więcej niż zcyborgizowane mando-jedi dziwadło.
Oczy pod powiekami zaczęły mnie piec.
Wiem, że jego życie zgasło dużo wcześniej niż mu to zrobiono. Widziałam to. Czułam to w wizji. I nie mogłam nic zrobić.
Nic.
Podniosłam dłoń, dotykając mokry policzek.
Nie czułam wtedy złości. To był ból tak głęboki, że paraliżował mnie bardziej niż strach. Ale kiedy zobaczyłam, że nie ma ich mieczy… To tak jakby ktoś pozbawił ich godności i honoru.
Nie pokonano ich w pojedynku. Nie starto się na równych zasadach. Każdy Jedi zasługuje na pożegnanie go razem z jego kryształem, towarzyszem, drogowskazem. Ktoś jednak zabrał je jako trofeum chociaż nie miał do tego prawa.
I wtedy ból zmienił się we wściekłość.
Nie wiedziałam jak nad nią zapanować. Czułam jak tracę kontrolę i przez małą chwilę chciałam na to pozwolić. Szybko jednak zrobiłam to, co ćwiczyłam od tylu lat.
Zamknęłam złość i ból za stalowymi drzwiami, na których wymalowałam żółte, mandaloriańskie pasy zemsty. Ignorując spokój, wiedzę, pokój ducha i harmonię. Ignorując fakt, że śmierć nie jest końcem.
Chcesz być taka jak on?
Jak mogłam być tak ślepa.
Dlaczego tak się boję?
Ja jestem z Mocą. A Moc jest ze mną. Nie ma śmierci. Jest tylko Moc.
Widziałam Nathaniela, który złączył się z Mocą. Miałam namacalny dowód na to, że to prawda. A jednak zatraciłam się w najprostszym rozwiązaniu.
Przez chwilę miałam wrażenie, że czuję jego dłoń na swoim ramieniu. Tak, jakby już wtedy na Volinus wiedział, że będę tego potrzebować.
Odetchnęłam, jednak mięśnie spięły się jeszcze bardziej w oczekiwaniu na to, co nastąpi. Po czym sięgnęłam do drzwi z żółtymi pasami i otworzyłam je szeroko. A wtedy porwała mnie fala emocji, która zdławiła mnie zalewając płuca, nie pozwalając zaczerpnąć tchu.
Smutek. Złość. Lęk. Bezradność. Tęsknota. Poczucie winy. Ból.
Samotność.
Z moich ust wyrwał się szloch. Opadłam bezwładnie na ławę, bezwstydnie płacząc w drogie, kaszmirowe obicie mebli i uderzając raz po raz dłonią w drewnianą ramę. Zmusiłam się, żeby przestać odruchowo się uspokajać.
Nie.
Nie będę nosić tego w sobie. Nie będę udawać, że mi nie zależy. Nie będę kolejne dwadzieścia lat wypierać bólu, który sprawia, że gnije od środka.
A wtedy kolejne drzwi zaczęły się uchylać.
I kolejne.
I kolejne.
Nie wiem, ile to trwało. Czuję się taka słaba. Rozbita. Zmęczona.
Ja jestem z Mocą. A Moc jest ze mną.
Zaczęłam powtarzać to jak mantrę. Poczułam się… lepiej, chociaż ucisk w klatce piersiowej był nie do zniesienia.
Powieki zaczęły mi opadać. Skuliłam się bardziej i odetchnęłam. Mięśnie w końcu się rozluźniły.
A poranek przyszedł zdecydowanie zbyt szybko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz