niedziela, 18 stycznia 2026

Epilog - Thessalia Vizsla

  Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. 


    Przygotowania na Quen się skończyły. Zewsząd czułam energię życiową dziesiątek zaproszonych na uroczystość osób. Jednak tej jednej, którą chciałam poczuć, nie było wśród nich. 

    Matka niedawno wyszła. Pomogła mi ubrać się zgodnie z mandaloriańską tradycją. Opowiadała, że to samo zrobiły dla niej babka Nir’she i Miefe. Mówiła, że tamten dzień pędził jak szalony, a największą niespodziankę sprawiła jej obecność Nathaniela. Pierwszy mandalorianski ślub, na którym był ktoś z Jedi, a teraz odbędzie się pierwszy ślub z kimś z Zakonu. Nie mogła ukryć lśniących w oczach łez. Dużo się do niej uśmiechałam, kiedy mówiła bez przerwy, bardziej nerwowa całym wydarzeniem niż ja.

    Nie wspomniała ani razu, że nie jestem już mile widziana na dworze Mandalora. Nie próbowała usprawiedliwić Ojca, który nie pojawił się na wczorajszej kolacji po naszym przybyciu. Nie skomentowała, kiedy przekazałam swoją zbroję na znajdy, zostawiając jedynie naramiennik otrzymany po Próbach.

    Chciała być tu i teraz, cieszyć się ze zwykłego przebywania z córką zanim znów nadejdą ciężkie czasy. Uznałam, że jej się to należy. Więc dałam jej wszystko, co tylko mogłam: siebie. 

    Kiedy przypasałam miecz świetlny obok rytualnego noża, uśmiechnęła się tajemniczo i chyba zobaczyłam w jej oczach błysk dumy. To dało mi więcej niż mogła podejrzewać. 

    Teraz stałam samotnie, wpatrując się w swoje odbicie w obramowanym złotem lustrze. Kiedyś ciężko patrzyło mi się we własne oczy… wydawało się to mieć miejsce eony temu.

    Nowe życie. Nowy początek. Wspólny, nie samotny.

    Zamknęłam oczy i skupiłam się na płynącej wokół Mocy. Jasna obecność wewnątrz mnie promieniowała zapraszająco. Uśmiechnęłam się lekko. Po każdej głębokiej medytacji z Badylem oboje czuliśmy, że zaszycie mojej rany zbliża się wielkimi krokami. Wczoraj dokonaliśmy kolejnego przełomu. Nic dziwnego, że czekał na powtórkę.

    Uniosłam powieki i znieruchomiałam, widząc nad swoim ramieniem poważną twarz Miecza Mandalora. Ojciec mierzył mnie wzrokiem, z którego nie można nic wyczytać. Zawsze był mistrzem tej pustki. Przez lata myślałam, że to chłód. Teraz wiedziałam, że to zbroja.

    Odwróciłam się, nie chcąc wykonać żadnego gestu bądź ruchu, który mógłby pogorszyć moją sytuację. Ale…

    Czy chciałam w przyszłości żałować bierności?

    Nie.

    Zeskoczyłam z podestu i szybkim krokiem podeszłam do Ojca. Uniósł ostrzegawczo brew. A ja objęłam go z całych sił, czując jak każdy jego mięsień tężeje pod moim dotykiem.

    Złapał mnie za ramiona i odsunął od siebie. Patrzył na mnie zimno. Niewzruszenie. Jedyne co mogłam zrobić to nie pozwolić sobie na opuszczenie wzroku.

    Po czym tak szybko, że nie zdążyłam zareagować, przesunął dłoń na mój kark i zetknął moje czoło ze swoim.

    – Żyj dobrze, córko.

    Zrobił krok do tyłu, kiwnął krótko głową i wyszedł, zostawiając mnie w ciszy.

    To był ostatni raz, kiedy go widziałam. 


***

    „3 piętro, zaplecze kuchenne. Przyjdź sam.”

    Nie czułam się dobrze zostawiając męża i działając na przekór tradycji. Powinnam być tam teraz z nim i bardzo dobitnie pokazywać wszystko, czego nauczyła mnie Nir’she w związku z nocą poślubną. 

    Ale Khan rozumiał. A ja musiałam się dowiedzieć.

    Stałam więc w cieniu między buczącymi lodówkami zamiast uwodzić go w jedwabnej pościeli. Po chwili drzwi otworzyły się, a Moc ucichła. 

    – Khan. – wysyczał Dharan w ciemność – Jeśli teraz mam ci tłumaczyć jak to działa, to…

    – Spokojnie, sama mu to wyjaśnię. – zapaliłam niewielką latarkę, wychodząc mu naprzeciw. – Może mogłam napisać ze swojego komunikatora, ale uznałam, że byś się wykręcał. 

    Wyrównałam oddech. Kłębiący się we mnie spokój był jak chłodna mgła w letni poranek. Skupienie przyszło samo, bez wysiłku.

    – Thess! – ściszył głos i upewnił się, że drzwi są zamknięte. – Po pierwsze to jak ktoś nas tu zobaczy… – zmarszczył czoło i spojrzał na mnie. – Czemu miałbym się wykręcać?

    – Bo chcę cię o coś zapytać. – utkwiłam wzrok w jego oczach. – Czy… czy Y’ve się z tobą kontaktowała? Czy wszystko u niej dobrze? Jeśli wiesz cokolwiek to…

    – Na Moc… – przerwał mi i pokręcił głową. – Mówiłem ci to tyle razy. Ostatnio rozmawiałem z nią chwilę przed skokiem Yuuzhan. Dlaczego rozdrapujesz moje rany, Thess? Nie tylko ty coś wtedy straciłaś.

    Patrzyłam na niego ze spokojem i cierpliwością.

    Dharan mógł okłamywać każdego. Ale nie kogoś, kto tygodniami uczył przełamywać się jego bariery. A w dodatku na pamięć znał jego mimikę, głos i sposób bycia.

    Chociaż… wciąż nie byłam pewna. 

    „Powiedz jej, że tęsknię. Powiedz, że jestem dumna. Powiedz, że życzę jej, by była szczęśliwa. Że zawsze jej pomogę, że zawsze znajdzie u mnie miejsce. Powiedz jej, że dziękuję, że była i jest. I że…”

    – Masz rację. – opuściłam głowę, zawstydzona swoim uporem. Tak. Nie tylko ja ją straciłam. – Nie powinnam. Po prostu… dzisiejsze emocje są silniejsze niż się spodziewałam. Pomyślałam, że… tak, to było nieodpowiednie. Nie będę już poruszać tego tematu.

    Zapadła cisza, podczas której czułam jak kruszą się mury. 

    – Thess… przykro mi. – wyczuwalna szczerość w jego głosie sprawiła, że podniosłam wzrok. – Ona… na pewno chciałaby, żebyś wiedziała, że też cię kocha. I żebyś żyła dalej robiąc co wszystko, co robisz najlepiej. 

    – Dziękuję. – gardło mimowolnie mi się ścisnęło, co skontrowałam głębokim oddechem. – Nie będę cię zatrzymywać, zabawa pewnie się zaczęła, a ja… cóż, muszę wracać do mojego męża.

    Weszłam do przydzielonego nam pokoju widocznie drżąc. Siedzący na skraju łóżka Khan poderwał się i podał mi kieliszek wypełniony bursztynową cieczą. Kątem oka na stole zobaczyłam odkorkowaną butelkę opakowaną w symbole Dominium Quen. Czekał specjalnie na mnie, żebyśmy spróbowali prezentu od Any razem. 

    – I jak? – zapytał niepewnie, lustrując mnie wzrokiem. 

    – Wszystko… dobrze. – uśmiechnęłam się i stuknęłam swoim szkłem o jego. Ten wieczór miał być nasz. Nareszcie tylko nasz.

    A moje potargane serce w końcu poczuło się całe, bo jedyną osobą w Galaktyce, która znała moje ostatnie słowa do Y’ve… była Y’venette.


***

Nikt nie był w stanie wyleczyć ran Kaidy. Jej ciało nie współpracowało z Mocą. Wyglądało to raczej jakby wręcz się jej przeciwstawiała. Badyl był sfrustrowany, ale wyjaśniłam mu, że zawsze może tu wrócić i spróbować znów, kiedy będzie w nowej formie. Chętnie mu też wtedy pomogę. Gdybyśmy udali się wspólnie na Kashyyyk i skontaktowali z Klanem mogłoby się udać. Do tego czasu zdobędę więcej informacji. To nieco go uspokoiło.

Kiedy tylko wymieniłam imię dziewczyny, Anakin od razu mi przerwał. Znał sytuację. Pomoże jej w Próbach.

No tak. Y’ve, oczywiście. Chociaż niosła na barkach cały świat, nie traciła czasu, by dopilnować realizacji danej obietnicy.

Matka zajęła się nowymi protezami. Nie pytała skąd mam kortozjum. Po prostu zaczęła działać.


***

    Ciężki, męski oddech wyrwał mnie z lekkiego snu. Poczułam jak odrzucone okrycie uderza moje ramię, by po chwili usłyszeć dźwięk otwieranych drzwi balkonowych. 

    Powoli dźwignęłam się z łóżka, zarzucając na siebie koc. Nocna panorama Concordii nie była tak imponująca jak Coruscant, ale ostry szum wodospadów miał w sobie coś niezastąpionego. Ostatnio byłam tu przed wyprawą na Mandalor. Teraz posiadłość rodzinna była jeszcze bardziej opustoszała.

    – Znów masz te sny? – położyłam rękę na rozdygotanym ramieniu Khana. Pokiwał głową, a ja bez słowa wtuliłam się w jego bok. Kiedy miarowo przejeżdżał dłonią po moich plecach, czułam jak jego serce wraca do normy.

    – Zmarzniesz. – powiedział po chwili, patrząc na mnie z naganą, po czym westchnął krótko. – Wybacz, że cię obudziłem. Potrzebujesz teraz odpoczynku, a ja…

    – Wszystko jest w porządku. – owinęłam się ciaśniej kocem. – Kiedyś to ja budziłam cię koszmarami, pamiętasz? – położyłam mu dłoń na policzku, żeby nie mógł odwrócić wzroku. – To minie. Możemy zacząć medytację, jeśli chcesz. 

    – Dziękuję. – położył rękę na mojej dłoni, żebym nie mogła jej zabrać. – Jak się czujesz, Thess?

    Nie odpowiedziałam. Zamiast tego przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Raz. Drugi.

    A wtedy poczułam ból. Zignorowałam pierwsze szarpnięcie, zdarzało się już wcześniej. Ale drugie było tak intensywne, że syknęłam i zgięłam się w pół.

    – Thess? – dotarł do mnie jego zaniepokojony głos. – To już?

    – Chyba… – wydukałam przez zaciśnięte zęby, oddychając głęboko kiedy skurcz odpuścił. – Chyba twoja córka ma już dość siedzenia w jednym miejscu.

    – Czy mam coś… co mam… co teraz?!

    Na widok jego spanikowanej miny ucieszyłam się jeszcze bardziej, że przyjęłam zaproszenie na Concordię. Poczułam Moc, sięgając do świadomości, której teraz potrzebowałam. Z ulgą zobaczyłam, że Matka zbliża się szybko, niemal mentalnie krzycząc w moją stronę, że zaraz tu będzie. 

    – Tak. – podniosłam wzrok na Khana. – Idź do Dharana. To ostatni moment przed Próbami żebyś go złapał.

    – I…

    Przez drzwi właśnie wpadł huragan. Trzeba przyznać, że bywało momenty kiedy całkowicie rozumiałam dlaczego moja Matka budziła postrach w niektórych kręgach. 

    – Wypad. – rzuciła krótko do Khana, który zrobił tylko wielkie oczy. – No co się patrzysz?! Ty już miałeś swój czas, teraz moja kolej! 

    – Poradzimy sobie. – ścisnęłam dłoń Khana. – Idź!

    Pokiwał głową, pocałował mnie w czoło i wyszedł, chociaż czułam, że częścią siebie został ze mną i małą Nir’she.

    – Mamo?

    – Nie ma czasu, chodź. – złapała mnie pod rękę chociaż głową sięgała mi ledwie talii. 

    – Na pewno jej nie widziałaś? – wyrzuciłam przez zaciśnięte zęby, kiedy uderzył kolejny skurcz. Nadzieja przebiła się jednak przez fale bólu. 

    – Nie, kochanie. – westchnęła i przeprowadziła mnie pewnie do skrzydła medycznego.

***

Skończyłam. W pełni opracowany i spisany zbiór dotyczący historii mandalorian oraz Obyczaju. Matka, Jasira i Erro otrzymali swoje kopie.

Jako twórców wypisałam wszystkich, którzy pomogli mi stworzyć kompendium. Będzie przewodnikiem dla wszystkich, chcących iść Drogą.

Pierwsze imię spośród kilku brzmiało Rhaic z klanu Vizsla.


***

    Coruscant pachniało jak zwykle: pośpiechem. Wokół siebie czułam jedynie oczekiwanie. Nie miał z tym jednak nic wspólnego zapierający dech w piersiach widok z wysokiej wieży na majaczący w oddali budynek Senatu. 

    Spokój tworzyli ludzie zbierający się w sporej sali. 

    Wpatrywałam się na stojących w półokręgu Jedi. Patrzyli na mnie z serdecznością i szacunkiem, co mimowolnie sprawiło, że poczułam wewnętrzne ciepło.

    Siedzący pośrodku Mistrz Luke uśmiechnął się do mnie.

    Miejsce obok niego było puste. Miejsce, które przy każdej ważnej dla mnie w Zakonie okoliczności zajmował Khan. 

    – W uznaniu twojej mądrości… – zaczął Luke – …i twych zasług, także przywróceniu porządku w Republice i odsunięcia największej groźby jaka kiedykolwiek wisiała nad nami… Nadajemy ci tytuł Mistrza.

    Skłoniłam się głęboko przed wszystkim.

    – Przyjmuję ten zaszczyt, niosąc głos i ideały Zakonu w każdym miejscu, które będzie tego potrzebować. Przyrzekam kierować się rozsądkiem i prawdą, w imię pokoju i jasności.

    Już po krótkiej chwili każdy z obecnych podszedł, by poklepać mnie po plecach i życzyć powodzenia. Od wielu przyjęłam mocny uścisk, dziesiątki uśmiechów i gratulacji.

    – Doszły mnie słuchy, że niedługo otrzymasz nowego ucznia. – usłyszałam za sobą. Anakin patrzył na mnie z przekrzywioną głową. - Mistrzyni Thessalia powraca… czy Galaktyka jest na to gotowa?

    – Jak zawsze w punkt, Mistrzu Anakinie. - uścisnęłam go serdecznie. 

    – Co do Mistrzów, to gdzie…

    Drzwi sali otworzyły się z hukiem. Potargany Khan wpadł do środka, a czerwona buzia siedzącej mu na ramionach małej dziewczynki była rozpromieniona radością. 

    – Szybciej, szybciej, patataj!

    – Spóźniłem się? – wydyszał, na co wszyscy w sali roześmiali się szczerze. Maleńki chłopiec w ramionach Khana mlasnął z niezadowoleniem, kiedy obudził go tak głośny dźwięk. 

    – Tak. – zaśmiałam się i wyciągnęłam ręce, by przejąć synka. Wtulił się we mnie usatysfakcjonowany. – Miałeś zostawić ich…

    – Nadzwyczajne posiedzenie Senatu. – skrzywił się, kiedy Nir’she szarpnęła go za włosy. – A Han zaproponował, że wsadzi ją za stery, żeby nie powtarzała błędów ojca. Więc sama rozumiesz.

    – A gdzie Ashar? – zmarszczyłam brwi zaniepokojona. 

    – Umówił się dziś z kimś. Nie chciałem psuć mu planów opieką nad rodzeństwem. Wiesz, jeszcze pamiętam jak to jest mieć trzynaście lat, chociaż było to w prehistorycznych czasach. 

    – Wujek Ani! - krzyknęła dziewczynka, wyciągając ręce w kierunku Anakina. – Pew pew pew! 

    – Ale strzelacie tylko na ogłuszaniu, tak? – Khan spojrzał na niego pytająco, kiedy z zadowoleniem przejął Nir’she.

    – Taaaak. – skłamał Anakin, uciekając z moją córką w drugi kąt sali. Uśmiechnęłam się kręcąc głową. 

    – Thess, rozmawiałaś już z Lukiem? – zapytał Khan, próbując doprowadzić się do ładu. 

    – Nie. – westchnęłam. – Nie rozmyśliłam się. Po prostu myśl o roku bez was…

    – Mówiłem ci: weź nas ze sobą. 

    – A ja mówiłam tobie, że to nie jest dobry pomysł. Ona dopiero się odbudowuje. Chcę stworzyć z nią relację, naprawić co się da. Nie mogę ot tak stawiać jej przed oczami życia, o którym obie marzyłyśmy.

    – No dobrze. – westchnął. – Ale mogłabyś częściej mówić, że o mnie marzyłaś. – uśmiechnął się chytrze. 

    – Thessalio, wydaje mi się, że jeszcze nie miałem okazji poznać waszego syna. – Jerro podszedł do nas wystudiowanym krokiem. 

    – Proszę. – włożyłam mu w ręce chłopca. – To Gregor. 

    Widok skonsternowanej miny Jedi trzymającego malucha na wyciągniętych rękach była zabawna, ale nie miałam czasu się tym rozkoszować. Zręcznie go wyminęłam i podeszłam do patrzącego na Coruscant Luke’a. 

    – Mistrzu. 

    – Mistrzyni. 

    Uśmiechnęliśmy się do siebie. Wojna naprawdę zostawiła na nim głębokie ślady widoczne nawet teraz. 

    – Wiem, że nie wypada wnosić próśb od razu po nominacji, ale…

    – Ale i tak masz zamiar to zrobić? – błysk w jego oczach był tak zaczepny, że ledwie pasował do głowy Zakonu Jedi. 

    – Chcę polecieć na Korriban. – rzuciłam wprost. – Przez Yavin. 

    – Na Yavinie nie jest bezpiecznie. A Korriban ma się dobrze. – odparł. – Domyślam się jednak, że masz mnóstwo argumentów, by mnie przekonać. Więc nie pozostaje mi nic innego niż się zgodzić. 

    – Dziękuję, Mis…

    – Ale. – uniósł teatralnie palec. – Zabierzesz ze sobą swoją nową uczennicę. Jesteś gotowa, Thessalio. Poza tym… bardzo dobitnie wyraziła się o wszelkich moich propozycjach i, jakby to powiedzieć… zażądała ciebie. 

    – Nie wiedziałam, że można wybrać sobie Mistrza. – powiedziałam nieco z przekąsem, a nieco połechtana takim komplementem. – Musi być wyjątkowa. Kiedy ją poznam?

    – Posłałem po nią zaufaną osobę. Powinni być tu…

    – THESSALIO WINDU!

    Drzwi niemal wyleciały z zawiasów. Sala zamarła.

    Na środku stała mandalorianka w pełnej zbroi. Odruchowo zerknęłam na znaki klanowe Krellów, ale energia uderzająca z dziewczyny była nie do pomylenia. 

    – To gdzie ta moja Mistrzyni, hm?!

    – O właśnie. – powiedział Luke. – Poznaj swoją nową uczennicę. 

    – Gianna?! – otworzyłam szeroko oczy. 

    – No a kto. – zdjęła hełm i przewróciła oczami. Wyszczerzyła zęby. – Sorry za obsuwę, zagadaliśmy się z młodym. 

    Zza jej ramienia wychynął szczupły blondyn, wpatrzony w nią jak w obrazek. Westchnęłam. Będę musiała z nim porozmawiać. 

    – Dziękuję za pomoc, Ashar.  – uśmiechnął się Luke. – Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. 

    Skłonił głowę i wycofał się w stronę Khana, który z ciepłym uśmiechem jedną ręką przygarnął do siebie syna. Jak ktokolwiek mógł twierdzić, że rodzinę tworzy wyłącznie krew widząc coś takiego. 

    – Chciałaś mnie, bo myślałaś, że dostaniesz taryfę ulgową? – uniosłam brew, wpatrując się w Giannę.

    – Nie. – odparła radośnie. – Słyszałam, że kończysz naukę i rozdajesz tytuły w pół roku. Uznałam, że warto spróbować.

    – Wspaniale. – westchnęłam. – Pakuj się. Lecimy na wycieczkę.

    – Uuu, pewnie gdzieś gdzie jest niebezpiecznie, trzeba zaprowadzić pokój, a może przy okazji postrzelać? – oczy Mando zapaliły się z ekscytacji. 

    – Nie. Lecimy na Korriban. 

    Mogłabym przysiąc, że jęk jej rozpaczy słychać było nawet w najdalszym zakątku Galaktyki. 


***

    – Gianna, wyląduj najpierw na tym księżycu. I bądź gotowa, pędzimy później prostu na Yavin. 

    – Na tym tam, o? Przecież nic tam nie ma. 

    – Jest. Tu są koordynaty. Mam tam coś do skończenia. 

    Posłusznie posadziła statek, a ja wyskoczyłam z niego w chmurze podnoszącego się pyłu. Wiedziałam, gdzie iść. Kawałki prefabrykatu wciąż jako tako stały na miejscu. A tuż obok stała wykrojona tablica, której wyglądałam. 

    „Złączony z Mocą spoczywa pośród Gwiazd”

    Tak, to mogła wymyślić tylko Seraya. Omiotłam spojrzeniem pustą skorupę ziemi pokrytej rdzawobrązowym pyłem, pod którym spoczywało ciało mojego brata. Tak samo puste jak wszystko wokół. 

    Ale kiedyś należało do niego.

    Wyciągnęłam z torby mandaloriańską latarnię, postawiłam przed tablicą i kucnęłam obok. 

    – Chciałam myśleć, że byłeś tym wyrodnym. Który odrzucił obowiązek, wybrał coś, co jest łatwe, a nie to, co powinien. Postrzegałam cię jako kogoś, kto jedynie krzywdził. Kto sprzeniewierzył się ojcu, klanowi… kto nie zasługiwał na imię. 

    Odetchnęłam głęboko nim znowu się odezwałam. 

    – Kończąc twoją egzystencję w tamtej formie wierzyłam, że zakończę wiele rzeczy. Ból ojca i matki. Ranę w klanie, którą pozostawiłeś. A może i nawet zakończę twoje cierpienie i dam ci wolność, której pragnąłeś. Ale… ogłosiłam się wtedy sędzią. Panią życia i śmierci, tego co dobre i słuszne. Nie szukam zrozumienia czy przebaczenia. Jedyne czego chcę to rzeczywiście coś ci dać. Wolność. I spokój. Nie wiem, czy Przodkowie cię przyjmą. Wyrzekłeś się ich. Ale Moc… Moc jest wszystkim. Nawet jeśli się zgubiłeś, ona pomoże ci dojść tam, gdzie powinieneś. I… chciałam powiedzieć ci, bracie… że… przykro mi. 

    Wizjer hełmu zaczął mi parować. Zorientowałam się, że z moich oczu lecą łzy. Szczere, gorące, jakbym żegnała kogoś, z kim znałam się od zawsze. 

    Drgnęłam zaskoczona czując na ramieniu dłoń. 

    – Thess… nie wyłączyłaś komunikatora w hełmie. 

    Zamarłam. Gianna jednak nie patrzyła na mnie, a na zdartą powierzchnię płyty z ledwie widocznym już napisem. 

    I zaczęła śpiewać. A ja, niezdarnie, razem z nią.


***

    Ryzyko wybuchu konfliktu na Coruscant w związku z tarciami między Republiką a Protektoratem rosło. Dlatego też żywot enklawy klanu Krell na planecie nieuchronnie dobiegał końca.

    Mało kto raczej spodziewał się jaki obrót spraw przyniesie to wydarzenie. 

    Zanim sprawy się zaogniły, Telulu Krell, wraz z przejmującą po niej obowiązki Gianną, zostawiły miejsce po mandalorianach tak, by Zakon mógł zrobić z niego użytek. Oczywiście nie dla siebie. 

    Warunek był jeden: zapewnienie w tym miejscu lepszych warunków bytowych osobom z niższych poziomów Coruscant.

    I tak też się stało. 


***

    Coś na widzie miało przypominać wybuch, ale rzadki dym i dźwięk podobny do prażących się ziaren wyglądały mało imponująco. Jedna z niewielu wciąż żyjących postaci wymachiwała właśnie zabezpieczonym blasterem krzycząc „RAAAAX! PO TWOJEJ LEWEJ! STRZELAJ!”.

    – Mamo, ten film TOTALNIE WYMIATA! Naprawdę wujek Erro go znalazł?! Może ma więcej takich!

    Sześcioletni Gregor wielkimi jak spodki oczy pożerał kolejne sceny. Zaśmiałam się cicho, próbując rozmasować plecy, ale spory brzuch nie pozwalał mi wygiąć się w odpowiedni sposób. Khan, gdzie jesteś kiedy twoja obecność jest niezbędna?

    Ach, no tak. Pomagasz zachować względną integralność Galaktyki.

    Sięgnęłam po datapad. Ściągnięte przy ostatnim tankowaniu wiadomości były mniej lub bardziej radosne. 

    Ashar miał przed sobą ostatnie tygodnie nauki. Nie zdziwię się, jeśli po zakończeniu akademii od razu będzie próbował dostać się do drużyny Łotrów.

    Khan wciąż mediował w kontraktach handlowych między Republiką a Imperium i nie był pewny kiedy uda mu się wrócić z Chandrilli. 

    Moja Nir’she dalej była na Korribanie. Po spędzeniu pół roku na Kashyyyk, postanowiła, że chce zobaczyć i nauczyć się więcej. Oficjalnie została uczennicą Serayi, nieoficjalnie: pobiera nauki od moich obu sióstr. Ma otwarty umysł. Niczego więcej dla niej nie pragnę niż tego, by go takim zachowała. 

    Tymczasem ja i Gregor lecieliśmy na Quen z małym przystankiem w Greenren. Uznaliśmy z Badylem, że to będzie dobre miejsce na powtórne jego powtórne narodziny. A na Quen czekał na mnie ciąg spotkań planowania dalszej współpracy między Cesarzową a Zakonem. Odkąd uwaga Any skupiła się na mojej Nir’she, a ani ja ani Khan nie rzucamy się przed córkę, by “ochronić ją przed złym wpływem Sithów”...

    Można powiedzieć, że nawet udało nam się zaprzyjaźnić.

    Film właśnie się skończył. Obiecałam sobie, że obejrzę go też z moim najmłodszym dzieckiem, które na świat przyjdzie za jakiś czas.

    – No dobrze, skoro się podobało… – wstałam. – Chodź, poćwiczymy w ładowni. 

    – Ale ja nie luuuubię wymachiwać kijem. – zawył w odpowiedzi. 

    – Mówiłam ci, Thess, daj mu blaster. – krzyknęła siedzącą na mostku Gianna

    – Jak wypracuje odpowiednie odruchy. – skwitowałam. – A skoro masz autopilota to zbieraj się, poćwiczysz szermierkę z nami, moja już-nie-uczennico. 

    – Ale ja nie luuuuubię wymachiwać kijem. – jej jęk był tak podobny do Gregora, że wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. 

    – Już, już. Żadnych wymówek. 

    Ręka odruchowo spoczęła mi na brzuchu. Mała poruszyła się niespokojnie. Tak, twoja imienniczka też nie lubiła wymachiwać kijem. Ale potrafiła dużo, dużo więcej. 

Idąc do ładowni jak zawsze zawiesiłam wzrok na kamiennym klocu topornie wyciętym ze ściany starożytnej świątyni. Narysowany kucyk zdążył już wyblaknąć, przez co jeszcze bardziej pasował do siedzącego na jego grzbiecie wściekłego Sitha.

    Ty też będziesz umieć, ale co dokładnie… to już zależy od Ciebie.

    Moja mała Y’venette.

 

środa, 26 listopada 2025

Zdrada - Thessalia Vizsla

    

 Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. 


    – Dziękuję, Mistrzu.

    Z wdzięcznością przyjęłam parujący kubek i owinęłam wokół niego dłonie. Khan usiadł obok, odchylając się na opartych za plecami rękach.

    – Nigdy nie znudzi mi się ten widok. – westchnął.

    Zerknęłam na wirujące niebo gwiazd wydających się być nieskończonymi. Odkąd nie dzieliliśmy już pokoju jako mistrz i uczennica często spotykaliśmy się na dachu jednego z budynków akademii, co miało swoje plusy w postaci oszałamiającego spektaklu natury. Dżungla ożyła już jakiś czas temu, w odróżnieniu od korytarzy pod nami, które z minuty na minutę robiły się coraz bardziej ciche.

    – Mistrzu?

    – Hm?

    – Czy naprawdę istnieje szansa, żeby kiedyś zapanował pokój?

    Odpowiedź nie następowała. Odwróciłam wzrok od nieba, by spostrzec, że Khan wyprostował się i patrzy na mnie przenikliwie.

    – Skąd takie pytanie przyszło ci teraz do głowy? Znowu z Serayą przerabiacie stare konflikty? 

    Przecież nie przyznam mu się, że przez chwilę tknął mnie ogrom galaktyki. Nie napomknę, że skoro podoba mu się niebo, to wodospady Concordii by go zachwyciły. Nie powiem, że siedząc tu czuję się tak bezpieczna jak nigdy nigdzie.

    I chciałabym, by tak było zawsze.

    – Po prostu… – potrząsnęłam głową, odpędzając się od natrętnych myśli. – Słyszałam dziś o napięciach w związku z Ord Mantell. Zaczęłam zastanawiać się, czy nie wezwą nas do pośredniczenia w rozmowach.

    Znów zapadła cisza.

    – Chcesz znać moje prawdziwe zdanie czy to, co powinienem ci powiedzieć?

    – Oczywiście, że twoje, Mistrzu.

    – No dobrze. – pokiwał głową. – Tak więc, Thessalio z Vizslów. Jednego z najbardziej wojowniczych klanów… – uniósł znacząco brew. – …której babka zjednoczyła mandalorian u boku Imperium… zastanówmy się: czy kiedyś zapanuje pokój?

    Zaśmiał się na widok mojej skrzywionej miny. Wziął łyk herbaty i znów spojrzał w niebo.

    – Może kiedyś… kiedy nie będzie już życia w galaktyce. – wzruszył ramionami. – Zawsze znajdzie się powód do wojny, Thess. Inaczej nie mielibyśmy tylu stronnictw. Za dużo różnicy zdań, zbyt wiele chęci udowodnienia tego, kto ma rację. Niektórzy powiedzieliby nawet, że takie konflikty mają swoje dobre strony.

    – Jednoczą. – powiedziałam cicho.

    – Czyli rozmawiałaś już o tym z Serayą! – fuknął z oskarżycielskim uśmiechem. – Znów jestem bazą do testowania twoich teorii?

    – Nie, raczej… Zastanawiam się, kiedy komuś zacznie przeszkadzać, że tu jestem.

    Mina zrzedła mu momentalnie, a wzrok spoważniał.

    – Thess, jesteś częścią Zakonu. Niedługo masz zostać oficjalnie pasowana. Żadne wydarzenie nie sprawi, że ludzie tutaj zaczną uważać cię za obcą.

    – A co z tą drugą stroną?

    Zmarszczył brwi. Na to nie miał argumentów. Podobnie zresztą jak ja.

    – Posłuchaj. – zaczął powoli. Spojrzał na mnie ważąc słowa. – Czy naprawdę sądzisz, że twoje miejsce zależy od tego, kto coś zdecyduje lub co o tobie pomyśli?

    – Obowiązek czasem nie daje wyboru. –  odparłam cicho. – A ja nie chcę być powodem konfliktów. Nie chcę zawieść ani mojego klanu, ani Mistrza Luke’a.

    A przede wszystkim ciebie, ale to zachowałam dla siebie.

    – To dlatego kodeks jest ważny, Mistrzu. – odezwałam się głośniej, pewniej. – Żeby nie musieć radzić sobie z… takimi sytuacjami. 

    Khan prychnął krótko.

    – Kodeksy istnieją po to, żeby prowadzić. Nie po to, by nas ograniczać. 

    – Mandaloriański mówi jasno. – odparłam. – Kieruj się Obyczajem. A Jedi… no cóż. „Nie przywiązuj się”. To też nie jest skomplikowane. 

    – Za bardzo trzymasz się tego, co spisane, Thess. – zauważył cicho. Odwróciłam wzrok, wpatrując się w ciemną linię drzew.

     – Bo ktoś musi. – powiedziałam sztywno. – Ktoś musi pamiętać, że powody, dla których walczymy, są większe od nas. 

    Przez chwilę nie odzywał się. Czułam na sobie jego ciężkie spojrzenie, jak zawsze wtedy, kiedy czuł, że zamykam się w swojej niewidzialnej zbroi. 

    – Thess… – zaczął powoli. – Nawet wojownicy mają granice, za którymi kończą się obowiązki, a zaczyna człowiek.

    – Nie. – odparłam stanowczo. – Dla mnie nigdy nie będzie takiej granicy. Moje życie należy do czegoś większego. Do Zakonu, do klanu. Wewnętrzne pragnienia są nieistotne.

    – A jednak boi… martwisz się, że ktoś każe ci opuścić Yavin. – zauważył.

    Nie odpowiedziałam.

    Khan westchnął, przysuwając się odrobinę bliżej, choć pewnie sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Jego ramię nie dotykało mojego, ale byłam aż nazbyt świadoma niewielkiej odległości, która nas dzieli.

    – Thess, jesteś kim jesteś. I nikogo nie musisz za to przepraszać. Ścieżka Jedi… Każe nam być ponad uczuciami, ponad sporami. Jakbyśmy byli już od nich wolni. A przecież nie jesteśmy. Czasem po prostu musisz wybrać to, co dla ciebie dobre. I to, co dla ciebie ważne.

    Splótł dłonie, pochylił się lekko do przodu i patrzył przed siebie, na dżunglę, która ruszała się zbyt chaotycznie, by dać cokolwiek, co można by nazwać spokojem. Wydawał się oddalony, nieobecny. A ja poczułam się, jakbym usłyszała coś, czego nigdy nikomu nie chciał mówić.

    Jakby przez ten jeden moment dystans między nami zniknął.

    – A co jest ważne dla Ciebie, Mistrzu? – nie zdawałam sobie sprawy, że niemal szepczę.

    Jego spojrzenie przeskoczyło na mnie z taką intensywnością, że serce na chwilę zamarło. W jego oczach było coś… innego. A potem zgasło równie szybko, jak się pojawiło.

    – Obowiązek, oczywiście. – odparł, wzorowo spokojny. Po czym uśmiechnął się figlarnie. – I schowana na specjalne okazje butelka Cabernet Sauvignon z Chandrilli, ale nie mów nikomu.

    Kącik ust drgnął mi nieznacznie, kiedy całe napięcie pękło w drzazgi.

    – Kiedyś zrozumiesz, gdzie jest twoje miejsce. – powiedział po chwili, kiwając głową. – I nie dlatego, że ktoś ci je dał. Tylko dlatego, że sama je wybrałaś. 

    – A jeśli to nie będzie Zakon? Jeśli wybiorę inaczej? – głos zabrzmiał dużo ostrzej niż chciałam.

    Uśmiechnął się lekko, jakby wiedział, że rzucam wyzwanie, ale nie mógł mi odmówić odpowiedzi. 

    – To ja… – zawahał się, co było tak rzadkie, że aż na niego spojrzałam. – To ja będę tym, który będzie musiał z tym żyć.

    Przez chwilę tylko na mnie patrzył. Jakby badał moją reakcję lub próbował domyślić się co teraz powiem. 

    – Powinniśmy wracać. – rzuciłam, uciekając spojrzeniem. 

    – Tak. – zgodził się, choć nie ruszył się z miejsca. 

    Ja też nie.

    Dżungla szumiała. Gwiazd było zbyt wiele.

    Siedzieliśmy w milczeniu, ale nie było w nim nic dusznego. To było ten rodzaj ciszy przypominającej rzadki fenomen kosmosu. Tej, która powstaje tylko wtedy, gdy dwoje ludzi zna się na tyle dobrze, by nie musieć nic mówić.

    – Thessalio?

    – Tak, Mistrzu?

    – Jutro o świcie trening na platformie. – powiedział pewnie. – Musimy popracować nad kontrolą równowagi w skokach. Wymęczę cię tak, że nie będziesz miała siły na głupie myśli.

    To brzmiało jak powrót do normalności. 

    Do zasad. Do bezpieczeństwa. 

    Skinęłam głową. 

    – Jak zawsze, Mistrzu. Będę gotowa. – po czym uśmiechnęłam się nieznacznie. – Myślę, że moja proteza wytrzyma więcej niż twoje kolana.

    Kopnął mnie lekko w beskar, po czym syknął teatralnie. Kiedy zachichotałam, wyprostował się jak struna.

    – Co to było?

    – Co takiego? – zamrugałam ogłupiona. Odruchowo sięgnęłam po miecz.

    – To był dźwięk nieznany żadnej cywilizacji! – powiedział zszokowany. – Thessalio, ty się zaśmiałaś!

    Przewróciłam oczami, po czym opadłam plecami na dach, wpatrując się w niebo. Zerknęłam w bok, kiedy Khan zrobił to samo i wyszczerzył do mnie zęby.

    Faktycznie. Mnie też nigdy nie znudzi się ten widok.

-----------------------------------

    Jestem porażką.

    Ta myśl wracała jak puls, jak echo, którego nie sposób uciszyć. Nie jako dramatyczna przesada, ale jako chłodny, trzeźwy fakt.

    Jestem Jedi, którego zawsze będą uważać za Mandaloriankę.

    Jestem Mandalorianką, którą zawsze będą uważać za Jedi.

    Zbyt mało jednego, zbyt mało drugiego.

    Jestem kimś, kto dotknął ciemnej strony, by ocalić jedną osobę.

    Jestem kimś, kto złamał to, na czym budował całe życie.

    Jestem niczym.

    Jestem Nikim.

    Nie potrafiłam już odróżnić, co jest prawdą, a co tylko formą ukarania samej siebie. Każde z tych zdań brzmiało jak rozłam we wnętrzu, jakby moje imię rozpadło się na odłamki i nie było czego sklejać.

    Łzy złości, zawodu i bólu rozmazywały kontur dłoni, w które się wpatrywałam. Dłoni, które znały ciężar miecza świetlnego i zbroi, które potrafiły prowadzić medytację, koić, walczyć, dowodzić… Teraz drżały tak, jakby należały do kogoś obcego.

    Jak mogłam tak zawieść?

    Jako uczennica… nie zauważyłam rzeczy oczywistych. Nie chciałam zauważyć. Zakochana, ufna, zbyt ślepa. Powinnam była dostrzec, co się dzieje z Khanem. Zignorowałam dyscyplinę, zignorowałam jasno wytyczone granice.

    Złamałam zasady, których miałam strzec. Dla mężczyzny, który ma pełne prawo mną gardzić.

    A jako mistrzyni i przyjaciółka…

    Nie byłam tam, gdy Y’ve zaczynała odpływać od Mocy tak daleko, że stała się jej obojętna. Nie powstrzymałam jej, gdy jeszcze mogłam. Nie zadałam odpowiednich pytań. Nie zauważyłam zmian w jej głosie, w ruchach, w spojrzeniu. Lub… zauważyłam zbyt późno, pchana obowiązkiem i potrzebą.

    Ufała mi, a ja… byłam egoistycznie skupiona na sobie, by dostrzec, że sięga po coś, co ją wypalało od środka.

    Lata treningów…

    Lata wyrzeczeń…

    Godziny spędzone na salach treningowych, w bibliotece, w medytacji, w ruinach, w salach narad. Cała dyscyplina, cała droga, którą układano przede mną mozolnie, od dzieciństwa aż do teraz.

    A potem ostatnie miesiące. Miesiące, w których naprawdę zaczęłam wierzyć, że można żyć na dwóch skrzydłach. Że jestem zdolna łączyć, a nie tylko wybierać. Że mogę zbudować coś własnego, coś większego niż przynależność.

    I po co to było?

    Nie dorosłam nawet do zbroi własnej babki. Rozbiłam ją chwilę po tym, gdy ją dostałam. Kiedy nie byłam w stanie pomóc kobiecie, która zrobiłaby dla mnie wszystko.

    Powinnam nosić ją z dumą. Stałam się dla niej niegodna. Zniszczyłam ją w chwili, gdy najbardziej potrzebowałam siły, którą miała symbolizować.

    Jakby tym jednym czynem los wyciągnął rękę i pokazał mi prawdę: to nie twoja zbroja. Nigdy nie była.

    Wszystko, czym byłam i co kiedykolwiek reprezentowałam leżało teraz przede mną jak korribański pył.

    Nie ma czego poskładać.

    Nie ma czego zbierać.

    Jest tylko pył.

    Kiedy zamknęłam oczy, nie widziałam już jasnej nici Mocy, która wykonywała wokół mnie te spokojne, przewidywalne kręgi. Zamiast tego czułam rozdarcie: szorstkie, nierówne, jak przecięty nerw. Jedna połowa wciąż chciała światła, druga nie potrafiła odsunąć od siebie cienia. A ja stałam między nimi, słaba, niezdolna ruszyć w którąkolwiek stronę, bo każdy krok byłby zdradą czegoś, w co kiedyś wierzyłam.

    Czy to właśnie oznacza dotknięcie ciemności?

    Wewnętrzny trzask, jakby ktoś wsunął dłonie w moje żebra i spróbował je rozchylić, żeby zobaczyć, co jest w środku.

    A w środku była prawda.

    Prawda, przed którą uciekałam miesiącami.

    Ja nigdy nie byłam ani w pełni Jedi, ani Mandalorianką. Ja tylko próbowałam zasłużyć. Całe życie. Za każdym czynem, za każdym sukcesem, za każdą decyzją stało jedno pytanie:

    Czy teraz już jestem wystarczająca?

    A ja… chciałam tylko ocalić jeden świat. Ten mały świat. Mój.

    Ciemna strona była blisko. Ciepła. Zrozumiała. Jakby czekała.

    To właśnie bolało najbardziej.

    Nie to, że sięgnęłam po nią. Nie to, że poczułam jej moc. Nie to, że pozwoliła mi zrobić to, czego światło nie potrafiło.

    Najbardziej bolało, że poczułam ulgę.

    Że przez krótką chwilę miałam wrażenie, że wszystko wraca na swoje miejsce: moja determinacja, mój gniew, moja miłość do Khana… wszystko było proste, oczywiste, jednym gestem osiągalne. A jeśli to była prawdziwa ja?

    Nie wiem, co jest prawdą. Nie wiem, czym jest błąd.

    Wiem tylko, że stoję na granicy, której nie chciałam nigdy przekraczać.

    A może… może to jest ten pierwszy uczciwy moment w moim życiu, w którym nie chowam się za tytułami, rodziną, kodeksami, lojalnościami, rolami.

    Postawiono przede mną tyle, a ja żadnej z tych ról nie potrafiłam unieść w pełni. Zawsze byłam w pół drogi, zawsze wciąż próbowałam coś udowodnić, balansując między tym, co powinnam, a tym, czego inni ode mnie oczekują.

    Może dlatego ciemność przyszła tak łatwo.

    W środku czułam wstyd, który palił mocniej niż kiedy ojciec naznaczał moje plecy. Ale pod tym wszystkim… coś jeszcze. Coś cichego, ledwo uchwytnego.

    Nie zrobiłam tego dla władzy. Nie dla gniewu. Nie z żądzy dominacji.

    Zrobiłam to z miłości.

    Przypomniałam sobie smak spaczonego owocu, który był czystą perfekcją.

    Czy miłość zawsze jest tak blisko ciemności?

    Nie wiem. Ale gdybym miała wybierać jeszcze raz… Nie jestem pewna, czy zrobiłabym inaczej.

    Moja lojalność wobec Zakonu, wobec tradycji Mandalorian, wobec wszystkich wzorców, które nosiłam w sobie jak obce imiona… one wszystkie były prawdziwe. Ale największa lojalność była zawsze wobec Niego.

    Nie dlatego, że był moim mistrzem. Nie dlatego, że był moim przyjacielem.

    Ale dlatego, że był jedyną osobą, przy której naprawdę czułam.

    A jeśli tak…

    To może największą zdradą nie było to, że sięgnęłam po ciemność. Może największą zdradą było to, że przez tyle lat udawałam, że jestem kimś innym niż jestem.

    Że nie czuję.

    Że nie cierpię.

    Że nie kocham.

    Przez całe życie zamykałam drzwi, zanim ktokolwiek mógł przez nie zajrzeć. Ukrywałam każdą rysę, każdy brak, każdy cień. Udawałam, że nie czuję, żeby nikt nie mógł zranić. Udawałam, że nie kocham, żeby nikt nie mógł odebrać mi tego, co kocham. Udawałam, że jestem silniejsza, bardziej zdyscyplinowana, bardziej jakaś… bo bałam się, że jeśli pokażę siebie naprawdę, to świat powie mi: „nie wystarczasz”.

    A teraz… wiedziałam, że nic już nie udźwignę, jeśli znów zamknę się w sobie.

    Y’venette mnie potrzebuje. Khan mnie potrzebuje.

    Nie tej wersji mnie, która udawała niewzruszoną. Nie tej, która nosiła maski, by nikt nie dostrzegł lęku. Nie tej, która odcina się od wszystkiego, co nie mieści się w kodeksie.

    Oni potrzebują mnie takiej, jaka jestem teraz.

    I chyba po raz pierwszy zrozumiałam o co chodziło mojemu Ojcu Oręża przez te wszystkie lata. Przez cały ten czas, te wszystkie lata.

    Bo może siła nie polega na tym, że nie upadam. 

    A na tym, że potrafię wstać.



wtorek, 25 listopada 2025

Słaba - Thessalia Vizsla

  Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. 


    Minęła godzina, odkąd Y’ve włączyła „Turbolaser IX: Potwór z Hoth”. Już po pierwszym kwadransie wiedziałam, że mogę pożegnać się z wieloma neuronami, które powoli obumierały, śledząc poczynania bohaterów.

    Grupa najemników właśnie rozbrajała generator pola, gdy nagle ktoś spoza kadru krzyknął „Na gwiazdy Naboo… To się rusza!”. Zachichotałyśmy obie, chociaż czułam, że żadnej nie jest do śmiechu.

    Co działo się w tamtym systemie? 

    Choć próbowałam odciąć się myślami od ostatnich godzin, wciąż wracało to samo pytanie. Bezwiednie odpychałam kolejne wątpliwości, nie pozwalając im rozwinąć się w pełni. Westchnęłam. Czas zwalczyć stare nawyki.

    Osunęłam się niżej i oparłam głowę o ramię Y’venette. Dopiero wtedy opuściłam tamę, która momentalnie pękła.

    Co takiego planuje Khan? Co się z nim dzieje? Wspomnienie chłodu w jego głosie ścisnęło mi żołądek.     Czy mógł zorientować się, podobnie jak Ana, że ciemna strona może przebić się przez mgłę Yuuzhan?

    Czy uznał wtedy, że to jedyne wyjście?

    Zemdliło mnie.

    – Będzie dobrze. – siedząca w kucki Seraya spojrzała na mnie z pocieszającym uśmiechem. – Oddychaj powoli, nie skupiaj się na tym. Znajdź równowagę.

    – Och, cicho bądź. – wymamrotałam. Wyczułam pytający wzrok Y’ve, ale tylko machnęłam ręką. – Nieważne.

    Od spotkania z ciotką czułam się rozedrgana. Y’venette miała rację. Nie podobało mi się to, jak dobrze Ana mnie czyta. A tym bardziej jak próbuje mną manipulować, bo nie wiedziałam, co zamierza tym osiągnąć. Z całych sił starałam się postrzegać ją jako sojusznika, ale ona skutecznie budowała moją niechęć wobec siebie.

    „Najczarniejsza czerń nie jest tak czarna, byś musiała użyć Głodu”. Wiedziała, że biorę to pod uwagę. Nawet jeśli miałoby to sprawić, że już nigdy nie będę sobą lub zakończy to moje życie w ten lub inny sposób.

    Czy ty też wziąłeś to równanie pod uwagę, Khan, i uznałeś, że to ryzyko, które jesteś gotów podjąć?

    – Thessalio… – usta Serayi wykrzywiły się współczująco. – Wiem, że czujesz się bezradna, ale to minie. Wszystko się ułoży.

    Odetchnęłam. Nie, dlatego żeby się uspokoić. Po to, by dopuścić do głosu tą jedną myśl, niosąca za sobą uczucie, które zawsze uważałam za cechę ludzi słabych.

    Nadzieję.

    Przecież znam Khana. Obojętnie co mogło się tam wydarzyć…

    To wciąż jest on. 

    Pozwoliłam temu uczuciu rozlać się po całym ciele. Nie próbowałam zgasić iskry tęsknoty, która się przy tym zapaliła. Niech się tli. Niech przypomina po co to wszystko.

    Daleko mi było od spokoju, który znałam, ale… to też nie było złe.

    Holoprojektor zatrząsł się, kiedy trąciłam go stopą. Coś na widzie miało przypominać wybuch, ale rzadki dym i dźwięk podobny do prażących się ziaren wyglądały mało imponująco. Jedna z niewielu wciąż żyjących postaci wymachiwała właśnie zabezpieczonym blasterem krzycząc „RAAAAX! PO TWOJEJ LEWEJ! STRZELAJ!”.

    – Y’ve?

    – Tak?

    – Nie wierzę, że to mówię, ale film Orwella wciąż jest gorszy.

    Niepokój nie zniknął, ale tym razem nie uwięziłam go w ciasnej klatce jak dawniej. Błądził razem z frustracją i bezradnością gdzieś z tyłu. Jak cień, który nie może istnieć bez światła tęsknoty czy czułości. 

    A ja wreszcie pozwoliłam sobie wierzyć, że Khan też wciąż widzi to samo światło. Przecież nie skrzywdziłby Dharana, którego traktował jak brata. Nie stanąłby w opozycji do wszystkiego, w co wierzył. Każdy: ale nie on.

    Wid skończył się, ale żadna z nas nie podniosła ręki, by włączyć kolejny. Holoprojektor jeszcze przez chwilę migał, aż w końcu ekran zgasł, zostawiając nas w półmroku i nienaturalnie cichych silników.

    Może w tym właśnie tkwi sens nadziei. Jeśli to oznacza, że jestem słaba…

    Ścisnęłam lekko rękę Y’ve. Bez słowa odwzajemniła gest.

    Tak. Byłam w stanie jakoś to przełknąć.


sobota, 22 listopada 2025

Bankiet - Thessalia Vizsla

  Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. 


    Nie tak wyobrażałam sobie dwudzieste urodziny.

    Nigdy szczególnie nie świętowałam, kolejny przeżyty rok był dla mnie zbyt błahym powodem, by oderwać się od codziennego harmonogramu. Nikomu też nie wspominałam o konkretnej dacie… ale oczywiście Mistrz Khan musiał dwa lata temu przypadkiem usłyszeć holo, które otrzymałam od rodziców.

    Przeżułam kolejny kawałek wyśmienicie doprawionego mięsa. Po raz pierwszy byłam na Corelii, a na bankiecie przebywało mnóstwo osób zajmujących się handlem. Każdy ważny, każdy majętny, każdy chcący jeszcze bardziej się wzbogacić.

    Gdzieś tam, wśród nich, znajdował się człowiek mający zupełnie inne plany. Wiedzieliśmy jedynie, że ten agent jest świetny w swojej pracy, a tu, na samej planecie, nikt nie może dowiedzieć się o tym, jak wiele informacji o węzłach handlowych mógł przemycić. Zakon dostał uprzejmą prośbę o zlokalizowanie tej osoby i stworzenie możliwości pochwycenia go bez szumu czy pytań.

    Tego ranka będąc w tylko mi przydzielonym apartamencie dostałam spodziewaną wiadomość do rodziców. Uprzejmą. Ciepłą. Zaprosili mnie na Concordię, chociaż wiedzą, że nie przylecę. Nie widzieliśmy się od pięciu lat. Odpowiedziałam krótko.

    I zapisałam holo, które będę odtwarzać w ciszy przez kolejne kilka miesięcy.

    – Wina?

    Podniosłam wzrok na kelnera. Zniecierpliwiony trzymał butelkę nad moim kieliszkiem, a kiedy pokręciłam głową dygnął i odszedł.

    – Odmówisz takiego wina, Thess? – zapytał Khan, upijając łyk burgundowego trunku. – To konkretne produkowane jest wyłącznie z winorośli równin Corellii. Zbiera się je raz w roku, a każda wytworzona butelka ma swój własny numer seryjny. Masz jedyną w swoim rodzaju szansę poznać kulturę tej planety i odmawiasz?

    – Mamy coś do zrobienia, Mistrzu. – odparłam cicho, spoglądając na niego nagląco. – Czy…

    – Mówiłem ci już. – westchnął. – Mam plan.

    Pokiwałam głową. I tak mogłam jedynie cieszyć się, że w natłoku zdarzeń zapomniał o tym, co dziś za dzień. W zeszłym roku sprezentował mi kapcie z włosia banthy pofarbowanego na różowo. Żeby nie zrobić mu przykrości chodziłam w nich cały tydzień, do momentu aż Dorn zauważył, że Khan z Anakinem przekazali sobie niewielką garść kredytów, kiedy przeszłam obok nich w stołówce.

    – Masz plan czy improwizację. – wymamrotałam pod nosem, ze zgrozą zauważając jak na jego twarzy rozkwita olbrzymi uśmiech.

    – Zobaczysz. – szepnął konspiracyjnie. – Masz wszystko?

    – Oczywiście, Mistrzu. – przytaknęłam, czując pod rękawem przewody nieznanego mi urządzenia. – Ale jak masz zamiar…

    – Patrz i ucz się, moja nie już tak młoda uczennico. – puścił mi oko, po czym wstał. – A, i jeszcze jedno. Wszystkiego najlepszego, Thessalio.

    Złapałam rzuconą przez niego niewielką sakiewkę, w osłupieniu obserwując jak wychodzi na środek sali. Szybko rozwiązałam rzemyki, a na moją dłoń wypadły dwie półokrągłe blaszki z elektronicznym rdzeniem. Z jednej strony umieszczone były niewielkie kolce. Całość była wykonana była topornie i zdecydowanie ręcznie.

    – Szanowni państwo. – zaintonował Khan. Na widok przemawiającego Jedi wszystko rozmowy umilkły, wpatrując się w niego z ciekawością. – Chciałbym serdecznie podziękować naszego gospodarzowi za zaproszenie i organizację tak wspaniałego bankietu. – rozległy się brawa, a Varic Tharlin wstał, kłaniając się pozostałym. – Niemniej chciałbym wspomnieć o jeszcze jednym bardzo ważnym wydarzeniu, które ma miejsce dzisiejszego dnia.

    Po sali poniosły się szepty, a ja czułam, jak mój duch opuszcza ciało.

    – Moja uczennica, Thessalia Vizsla, bratanica władców Quen, obchodzi dziś urodziny! – wyciągnął rękę w moją stronę. – Podejdź do mnie, Thess. No już, nie wstydź się!

    Nie czując nóg podniosłam się z krzesła. Okrutne skrzypnięcie poniosło się echem po bogato zdobionych marmurach. Podeszłam do Khana, który złapał mnie za ramiona i postawił przodem do wszystkich gości.

    – Jeśli ktoś miałby ochotę złożyć Thessalii życzenia urodzinowe to jest to ostatni moment, gdyż już niedługo będziemy musieli was opuścić, by ruszyć do jej rodziny w Dominium Quen.

    Przez chwilę panowała cisza, która w kilka sekund zamieniła się w chaos. Otyli kupcy i zarządcy zaczęli dopadać do mnie i ustawiać się w kolejkę. Każdy ze stu czterdziestu ośmiu gości chciał życzyć mi wszystkiego dobrego…

    …dodatkowo upewniając się, że na pewno usłyszałam ich nazwisko, to, czym handlują, i dlaczego właśnie o nich warto byłoby szepnąć słowo ciotce, gdyby szukała nowych kontrahentów.

    Uśmiechałam się blado, ściskając ich spocone dłonie. Wszystko we mnie krzyczało, ale nie mogłam powiedzieć, że był to zły plan. Urządzenie, które miałam na sobie, znajdowało sygnał podsłuchów i lokalizacji. Wystarczyło, by ktoś inny zerkał na odczyty, a nasz tajemniczy jegomość sam by się objawił.

    Po czasie trwającym wieczność, nareszcie kolejka zaczęła maleć. Odetchnęłam z ulgą, kiedy nad nieznajomym sullustaninie ujrzałam wyszczerzoną twarz Khana. Rozłożył teatralnie ręce i objął mnie mocno.

    – Mistrzu…

    – Wiem, wiem, nie musisz dziękować. – poklepał mnie po plecach, po czym ściszył głos. – Załóż co ci dałem. Zajmij ich.

    – Zajm…

    – Wspaniale! – odwrócił się z uśmiechem do sali. – Thessalia zgodziła się właśnie zaprezentować jeden z tradycyjnych tańców, którego korzenie odkryto podczas wykopalisk na Yavinie. Możliwe, że nikt z was nigdy czegoś takiego nie widział… Podejdźcie bliżej! Wszyscy!

    Zamrugałam oniemiała, kiedy Khan zniknął w tłumie, który z ciekawością podszedł bliżej i zaczął mi się przyglądać. Nie wiedziałam, czy krew odpłynęła mi z twarzy czy napłynęło jej tyle, że przestałam ją czuć.

    Zdrętwiałymi palcami wyciągnęłam płytki, które wcześniej miałam w palcach. Jak mam to... zmarszczyłam brwi. Podniosłam nogę i przytknęłam chłodny metal do buta. Pasowało idealnie do podeszwy pod piętą, a kolczasta część wgryzła się w gumę unieruchamiając całość. Opuściłam stopę, a kiedy ta uderzyła o podłogę, płytka wydała wzmocniony dźwięk, który wypełnił salę. Pośród patrzących na mnie handlarzy przeszedł pomruk uznania, a znad ich głowy wyłonił się podniesiony do góry kciuk.

    Mistrzu, kiedy tylko stąd wyjdziemy, obiecuję, że…

    Dobrze, zadanie. Czy mi się to podoba czy nie: jest za późno, żeby się wycofać.

    Koślawo, z gracją godną kozy, zaczęłam uderzać stopami o podłogę. Wymusiłam na sobie krzywy uśmiech i nieco szybsze tupanie. Musiałam wyglądać jak Jawa unikający jadowitej jaszczurki.

    Podniosłam ręce w górę. Uderzyło mnie mgliste wspomnienie niemal tanecznych ruchów wśród uspokajającego szumu wodospadów Concordii.

    A może by tak?...

    Próbowałam przypomnieć sobie niewyraźny obraz tego, co pokazywała matka. Zamknęłam oczy, a po chwili moje gesty nabrały sensu. Wymuszałam jedynie ruszanie stopami, by dźwięk zgrywał się z resztą tego, co robię.

    Może po dwóch, a może po dziesięciu minutach otworzyłam oczy. Wszyscy stali w ciszy, która po chwile przestała istnieć. Klaśnięcie, kolejne, brawa przetoczyły się przez salę, na co skłoniłam się sztywno czując, jak buzują mi policzki. Odwróciłam się prędko, kierując na swoje miejsce, by siłować się przeklętymi nakładkami na buty, które naznaczały każdy mój krok.

    – Poszło ci znakomicie. – usłyszałam, kiedy uśmiechnięty Khan opadł na krzesło, sięgając po niedopite wino. – Gratulacje, Thess.

    – Udało się? – nie miałam nawet siły maskować wrogości w głosie.

    – Jakby ci to powiedzieć… – chochliki w jego oczach zabłysły niebezpiecznie. – Załatwiłem sprawę dziś rano, więc tak, udało się. – wyszczerzył zęby.

    Zamrugałam.

    – Jak to rano?

    – Thess, przecież nie potrzebujemy takich środków. – pokazał na kabel wystający z rękawa. – Czekałem, kiedy się zorientujesz, ale nie zadawałaś pytań. Nigdy nie zadajesz mi pytań! Pomyślałem, że skoro i tak już mamy zaproszenie na ten bankiet to równie dobrze…

    – Świetnie.

    Zerwałam się z miejsca, wychodząc z sali jak huragan i ignorując nawoływania kilku z gości. Przepełniał mnie wstyd, dyskomfort, a do tego doszła tęsknota, o której nie chciałam myśleć.

    – Thess!

    Skręciłam w kolejny korytarz, jednak Khan dogonił mnie po kilku krokach. Cholerna proteza.

    –  Thessalio. – złapał mnie za ramię i odwrócił do siebie. Wyrwałam się gwałtownie z jego uścisku.

    – Czego jeszcze ode mnie chcesz?! – warknęłam, dysząc z wściekłości.

    A wtedy głowie łagodnie, delikatnie, zamruczał On.

    Zrobił z ciebie idiotkę, Thessalio. Poniżył cię. Ma cię za głupią. Ma cię za nic. Odwdzięcz mu się, pokaż, że nie ujdzie mu to płazem.

    Patrzyłam ze złością w oczy, z których uciekła już wesołość.

    Zrób to.

    Zacisnęłam powieki. Wdech. Wydech. Przygryzłam język, by usilnie spróbować przywołać się do porządku.

    – Wybacz, Mistrzu. – powiedziałam wyzutym z uczuć głosem. – Powinnam odpocząć.

    Khan patrzył na mnie bez słowa, a ja cierpliwie czekałam aż pozwoli mi odejść.

    – To był głupi żart. – rzucił cicho. – Chciałem cię trochę rozerwać. Dać ci uwagę, na którą zasługujesz.

    – Nie chcę i nie potrzebuję niczyjej uwagi, Mistrzu. – uniosłam wyżej głowę. – Mieliśmy wykonać tu zadanie. Skoro się udało, nie pozostaje mi nic innego niż pogratulować ci dobrze wykonanej akcji.

    Khan westchnął. Stałam sztywno czekając aż w końcu zostawi mnie samą.

    – Dwudzieste urodziny na Coruscant są ważne. Są świętowane bardziej, bo… Nieważne. Wiem, że republikańskie zwyczaje to nie coś, czym byś się przejmowała. – pokręcił głową, wyciągając zza pasa pakunek i podając mi go. – Naprawdę życzę ci wszystkiego najlepszego, Thessalio. Odpocznij. Zobaczymy się jutro.

    Odwrócił się i odszedł.

    Ruszyłam szybko do przydzielonego pokoju, a kiedy tylko drzwi zatrzasnęły się za moimi plecami zrzuciłam ubrania, gnając pod prysznic. Gorąca woda pozwoliła mi zmyć chociaż część emocji, które wciąż kotłowały się w stworzonej przeze mnie celi wewnątrz klatki piersiowej.

    Wytarłam włosy, siadając ciężko na łóżku zdecydowanie zbyt wielkim nawet dla dwóch osób. Mój wzrok padł na paczkę, którą zostawiłam wśród pomiętych szat. Niechętnie wyciągnęłam rękę i przyciągnęłam ją do siebie.

    Dość lekka, prostokątna, owinięta pieczołowicie kawałkiem kabla przytrzymującego materiał. Uniosłam brew, odplątując supeł.

    Moim oczom ukazała się drewniana skrzyneczka. Przejechałam palcami po wieku. To naprawdę było drewno.

    Delikatnie uniosłam pokrywę, nie wierząc własnym oczom.

    W środku była książka. Prawdziwa książka na prawdziwym papierze. Wytłoczony w starej skórze tytuł głosił: Pieśni Wojny i Pokoju.

    Jak on… Oczywiście czytałam wersję dostępną w holonecie, ale to…

    Wyciągnęłam książkę z pudełka, a kiedy odchyliłam okładkę, na narzutę wypadł zapisany kartonik. Podniosłam go zaskoczona, odcyfrowując niezbyt czytelne pismo.

 

Nie udawaj, że nie będziesz tej nocy czytać do świtu.

Ale pamiętaj: medytacja o wschodzie jest obowiązkowa!

(błagam, nie budź mnie na nią) - K.

 

    W jednej dłoni trzymałam unikalny wolumin, w drugiej: niewielką, nabazgraną kartkę. Bez wahania oceniłam co jest dla mnie cenniejsze. 

    Odpędziłam te niedorzeczności od siebie. Jednakże skupiając się na faktach…

    Ubrałam się i wyszłam z pokoju. Bankiet trwał w najlepsze, najwyraźniej grube ryby handlu Republiki jeszcze nie upiły się wystarczająco. Przeczesałam stoły wzrokiem, by szybko znaleźć osobę, której szukałam.

    Khan siedział na wcześniejszym miejscu, ze skupioną miną obserwując refleksy światła w szkle obracanym w dłoniach. Kiedy ktoś do niego podszedł, odprawił go niegrzecznie machnięciem ręką.

    Ruszyłam zdecydowanie do przodu, opadając na wolne krzesło obok. Podniosłam palec w górę, gdy zdziwiony Khan otworzył usta, by coś powiedzieć.

    – Masz rację, Mistrzu. – ubiegłam go, po czym wyciągnęłam dłoń w kierunku przechodzącego w dali kelnera. – Nie godzi się nie spróbować corelliańskiego wina, zwłaszcza mając ku temu dogodną okazję.

    Patrzył na mnie przez chwilę, jakby próbując ocenić co powinien teraz powiedzieć. Odwróciłam wzrok, obserwując jak płyn napełnia mój kieliszek, po czym podsunęłam go sobie pod nos.

    – Nigdy nie pytałam czemu tak lubisz próbować tych wszystkich alkoholi, Mistrzu.

    – To… długa historia, Thessalio. – powiedział powoli, z rezerwą.

    Podniosłam lampkę w geście toastu, a po chwili wahania przybił swój kieliszek do mojego.

    – Cóż… do porannej medytacji jeszcze kilka godzin, więc mogę zaryzykować stwierdzenie, że mamy czas, Mistrzu.

    Mimowolnie uśmiechnęłam się, kiedy zaczął opowiadać z pasją o kolejnych nutach smakowych czy wpływie kultur na dany trunek. Rozmawialiśmy tak długo, aż wyprosiła nas obsługa sprzątająca salę.

    A wino naprawdę było wyborne.


czwartek, 20 listopada 2025

Huragan - Thessalia Vizsla

 Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju.


    Po wysłaniu wszystkich wiadomości, odłożyłam datapad i powolnym krokiem wyszłam na balkon, wpatrując się w strzeliste budynki Coruscant wokół. Z warsztatu poniżej wciąż dochodziły gniewne uderzenia młota o zbroję, którą naprawiała Y’venette.

Czułam jej niechęć do mojej obecności. Najpierw utrzymywała wspólny front z tamtą “Thessalią”. Później w jej oczach było coś…

Schowałam twarz w dłoniach. Chciała ją chronić. Chciała jej towarzystwa. To, co opowiadały o połączeniu się przez Moc, otwarciu Ścieżek, więzi, którą stworzyły w mgnieniu oka...

Nic dziwnego, że Y’ve nie miała ochoty ze mną rozmawiać. W jej oczach odprawiłam Tamtą z kwitkiem. Bez rodziny. Bez ukochanego. Bez przeszłości. Ale to wcale nie było moim celem. Trudno to komuś wytłumaczyć. Wiem za to, że Tamta Thess zrozumie.

Spojrzałam w górę, widząc na niebie zarys potężnych Imperialnych jednostek. To się naprawdę dzieje. Gdybyś tylko mógł to zobaczyć…

Przygryzłam wargę, czując na języku posmak krwi. Zalała mnie fala uczuć, targając moją wolą niczym niewielką chorągiewką łopoczącą na kosmicznym huraganie. Skupiłam się na fizycznym chłodzie balkonowej balustrady, czując, że Badyl dwoi się i troi wewnątrz mnie.

Ja jestem Mocą. I Moc jest ze mną.

Wysłałam Badylowi mentalny obraz tafli spokojnego jeziora na Greenren. Możesz odpuścić. Poradzę sobie z tym.

Czułam jego wątpliwość, ale wycofał się posłusznie. Zaczęłam liczyć oddechy. Jeden, drugi, trzeci. I powoli pozwoliłam racjonalnym myślom działać.

Khan.

Tak, odczuwam strach o niego. Ale jest silny. Nie podda się.

Tak, odczuwam złość, że zdecydował się na coś tak ryzykownego. Ale robi to w zgodzie z własnymi przekonaniami. Dla całej Galaktyki. Dla mnie.

Tak, najchętniej ukradłabym statek, przedarła się przez linię wroga, zabiła wszystkich Yuuzhan stających mi na drodze i zabrała go stamtąd. Ale każdy z nas ma własne zobowiązania i ludzi, którzy na nas liczą. On wsławi się swoim czynem. Nie zabiorę mu chwały, na którą zasługuje.

A jeśli zginie…

Palce zacisnęły mi się na lodowatym marmurze, by po chwili się rozluźnić.

Nie ma śmierci. Jest tylko Moc.

Długi wydech przeciął powietrze, gdy poczułam się pewniej. Lżej. Wewnętrzny chaos stopniowo się układał. Nawet Badyl odetchnął, gdy wypełnił mnie spokój.

Wiem, Mały, wiem. To było trudne.

Znów wbiłam wzrok w statki wiszące na orbicie. Plan Y’ve dotyczący Kashyyk i Duros wisiał nade mną jak wielka gilotyna. Wiedziałam, że to konieczne, ale doprowadzało to do zbliżenia się frontu. A to z kolei zwiększało strefę opanowaną przez Yuuzhan i coraz bardziej oddalało mnie od Khana.

Do tego Dharan, Han i Telulu dalej nie dali znaku życia od ostatnich, niezbyt radosnych wiadomości.

Poczułam natrętną myśl Badyla i mentalnie chlasnęłam jego gałązki, chociaż na policzki już zdążył wypełznąć mi rumieniec. Tak, właśnie tak będzie to wyglądać, kiedy będę mogła pokazać Khanowi, czego nauczyłam się od Nir’she. Nie rozochocaj się.

Potulnie przestał podsyłać mi różnorakie fantazje. Przynajmniej na tę chwilę.

Dziękuję.

Stukanie dochodzące z warsztatu ucichło. Chyba już czas stawić czoło postrachowi Jedi: Y’venette.

Odetchnęłam, uśmiechając się w głębi, że Zakon rzeczywiście ma szczęście, że Y’ve jest jedną z nas. Gdyby bardzo się uparła, przejęłaby Zakon w jakieś cztery godziny: do przekonania połowy rady wystarczyłyby jej eklerki z kremem budyniowym.

Idąc przez salon, ręka odruchowo sięgnęła do misy z ciastkami. Pokazałam Badylowi wycinkę olbrzymiej puszczy mieczem świetlnym. Ręka rozluźniła się i puściła ciastko.

Ja jestem z Mocą, a Moc jest ze mną.

Poradzę sobie. W końcu…

Postukałam palcami w rękojeść miecza, na co kryształ zamruczał cicho. Badyl, wyczuwając mój łagodnie rzewny nastrój, pokazał mi ciepło słońca wschodzącego nad dżunglą. Pokiwałam głową.

Tak.

Dam radę.

A teraz… ocalmy Coruscant.


czwartek, 16 października 2025

Czerwona gorączka - Thessalia Vizsla

 Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.


    Czerwony pył dławił mi oddech, uparcie jednak wciąż wbijałam wzrok w rysujący się przede mną krajobraz Korribanu. Nie wiedziałam, co powinnam czuć na widok monumentalnych posągów strzaskanych na kawałki w kanionie poniżej.

    To miejsce stanowiło część mojego dziedzictwa krwi. Było częścią mnie samej. A równocześnie, przez podjętą drogę Jedi, stanowiło część historii, której powrotu nikt nie chciał.

    Moje rozmyślania zostały przerwane przez postać kroczącą wśród pyłu. Lady Astral, jak nazwała ją Eawerti. Astra… Gwiazdy. Rzeczywiście, błyszczała łagodnie w przytłumionym świetle wieczora. Nie powinno jej tu być. Nawet jeśli jest tylko echem.

    Nikt nie zasługuje na wieczną tułaczkę w poszukiwaniu nieuchwytnego. Bez odpowiedzi, bez końca.

    Mimowolnie potarłam ramiona, próbując odpędzić się od poczucia, że dla Any Krresh muszę wyglądać podobnie. Zagubiona pośród pytań, których nie zadałam i których treści nawet nie znam.

    Zamknęłam oczy, ocierając się mentalnie o towarzyszącą mi skrę. Wątpliwości nie są mi potrzebne. Nie teraz. Nie tutaj.

    Ja jestem z Mocą. A Moc jest ze mną.

    Mimowolnie dotknęłam wszechobecnej aury Korribanu, błądzącej na granicy świadomości. Otulającej moje zmysły dusznym westchnieniem przeszłości. Słodko-mdlące uczucie, które zdawało się… znajome.

    Wibrował jak pomruk setek głosów czekających na to, bym je usłyszała. Wszystkie mieszały się w jedno, tworząc dysharmoniczną melodię, która umykała mojemu zrozumieniu.

    Wśród wszechobecnego pyłu widziałam kroki wojowników stąpających tu przed wiekami. I chociaż wybrałam inną drogę, szłam ich ścieżką. W moich żyłach płynął ten sam upór. Ta sama siła.

    Każdy, kogo spotkałam, uważał, że to niemożliwe, by pogodzić ze sobą to, czym jestem: Jedi i Mandalorianką. Ciekawe co powiedzieliby teraz, gdzie Korriban kusił, by sięgnąć po trzecią spuściznę. Dziedzictwo, które patrzyło na mnie pustymi oczami zniszczonych posągów.

    Nie potrafiłam odpowiedzieć czy widziałam w nich drwinę, ostrzeżenie czy tylko pustkę.

    Przez chwilę grunt pod moimi stopami zachwiał się, gdy sięgnęła myślą do wypływającego wspomnienia.

___________________________________________________ 

    Sala treningowa Zimowej Rezydencji Mandalora ziała pustką. Każdy już dawno udał się na spoczynek, ale nie ja.

    Kilka dni temu po raz pierwszy dostałam ciężki, drewniany kij, który źle leżał mi w dłoniach. Jeden z odcisków pękł. Zacisnęłam usta, oczy przez moment wypełniły się łzami, ale nie dałam nic po sobie poznać.

    – Oddychaj, mała – powiedział Balshek. Jego głos był rzeczowy, jakby wypowiadał oczywistość, której świat wciąż mnie dopiero uczył. – Broń w twoich dłoniach jest tak silna, jak twój spokój i cierpliwość.

    Chociaż sięgałam mu zaledwie do pasa, widziałam w jego oczach coś, czego ciężko było doszukać się u innych mando. Patrzył na mnie poważnie, jak na równego sobie. Nie na dzieciaka ledwie młócącym kijem.

    Doskoczyłam do niego, zamachując się tak, jak wcześniej pokazywał. Uniknął ciosu cofając się o krok, miękko, z gracją niecodzienną u mandalorianina.

    – Dobrze. Ale pamiętaj: nie zawsze musisz odpowiadać ciosem. Czasem najlepsza walka to ta, której nie podejmujesz.

    – Ale… to bycie tchórzem! – rzuciłam, sapiąc ciężko z wysiłku.

    Zaśmiał się, ale ciepło, bez kpiny.

    – Nie. To mądrość. Honor nie leży w tym, by zawsze wygrywać, ale w tym, by wiedzieć, kiedy wygrywać nie trzeba.

    Tym razem to on uderzył. W ostatniej chwili uskoczyłam w bok, bardziej przypadkiem niż zamierzeniem. Balshek opuścił kij i skinął głową, jakby właśnie tego chciał mnie nauczyć.

    – Widzisz? Czasem uniknięty cios jest większym zwycięstwem niż atak. Nie trać sił, gdy może cię to osłabić, Thessalio. Nie tylko w walce.

-----------------------------------

    Nagle odgłosy uderzeń kija zostały zastąpione przez mruczące dźwięki zbliżonych mieczy świetlnych. W nozdrza uderzył mnie zapach dżungli i ozonu, a dwaj mężczyźni przede mną od dobrych czterdziestu minut ścierali się ze sobą w pozorowanej walce.

    Khan już dawno zrzucił z ramion płaszcz, próbując obejść Anakina, by spróbować go zaskoczyć. Uważnie śledziłam każdy krok obu szermierzy, podobnie zresztą jak kilkoro innych uczniów akademii. Chociaż spędziłam tu już sześć lat, nie potrafiłam przypomnieć sobie imienia żadnego z nich.

    – Dość! – krzyknął nagle rozbawiony Khan, unosząc dłonie w górę. – Możemy tak chodzić wokół siebie do jutra, to do niczego nie prowadzi.

    – Dobrze. – kiwnął głową Anakin Solo, wyłączając miecz świetlny. – Zanotujcie, że Khan Windu oddał walkę walkowerem. – wyszczerzył zęby.

    – Nic nie oddałem! – obruszył się mężczyzna. – Jest remis!

    – Oboje, mistrzowie, mieliście dokładnie trzy szanse, by trafić przeciwnika. – powiedziałam spokojnie, zwracając na siebie uwagę wszystkich wokół. – I każdą z nich zniweczyliście chęcią wygrania w bardziej spektakularny sposób niż było to konieczne.

    – Żeby uczennica musiała cię bronić…

    – Nikogo nie bronię. – zmarszczyłam brwi. – Stwierdzam tylko…

    – To może, skoro już wszyscy się tu zebrali… – przerwał mi Anakin, przesuwając wzrokiem po grupie. – Obejrzymy teraz jak Thessalia wykorzystuje słabości Khana, które zaobserwowała. Co wy na to?

    Zignorowałam ciche śmiechy i stawianie zakładów dochodzące zza moich pleców. Wstałam, wyciągając miecz świetlny zza pasa. Rozbawiła mnie za to mina Anakina, gdy Khan zmienił kryształ ćwiczebny na prawdziwy kyber.

    – Dawaj, Thess! – krzyknął chłopak z tłumu, wywołując uśmiech Khana. Dorn naprawdę nigdy nie wie, kiedy lepiej trzymać język za zębami.

    – Masz przewagę. – powiedział Khan, stając przede mną w typowej dla siebie pozycji. – Jestem zmęczony. Stary. Znasz każdy mój ruch. I nie jadłem obiadu. 

    – Gdybyś po tamtej walce był zmęczony, Mistrzu, straciłabym do ciebie szacunek.

    Zaśmiał się głośno.

    – No cóż, mogłem się spodziewać, że nie zaprzeczysz mojemu wiekowi.

    I skoczył w moją stronę z pełnym impetem. Poruszał się lekko, niemal tanecznie, jego ciosy były szybkie, ale nigdy ślepe. W każdym był rytm i precyzja, którą doskonale znałam.

    Uniknęłam trzech ciosów, parując czwarty. Kątem oka zobaczyłam, że obserwujący nas tłum się powiększył.

    – Znowu blokujesz – skomentował z uśmiechem. – Nie boisz się, że kiedyś od samego bronienia się zapomnisz, jak się atakuje?

    – Jedi nie walczy, by atakować. – odskoczyłam, obracając miecz w dłoniach. – Tylko, by się bronić.

    – Historyczny moment, gdy coś takiego wychodzi z ust mandalorianki. – puścił mi oko.

    Drgnęłam.

    – Mandalorianin ma być skuteczny. Przede wszystkim.

    Ta chwila mojego rozkojarzenia wystarczyła, by jego spojrzenie się zmieniło. Stało się ostrzejsze, bardziej skupione. Nie tak zawadiackie, jak podczas walki z Anakinem, która wyglądała na zabawę.

    Doskoczył do mnie. I chociaż mogłam się tego spodziewać, coś zawiodło. Odskoczyłam na bok, w ostatnich chwili łapiąc równowagę, by nie trafić twarzą w ubitą ziemię pod swoimi stopami.

    Moja mechaniczna noga kolejny raz nie nadążyła nad myślą i resztą ciała.

    Odruchowo uniosłam miecz, by odbić lecący w moją stronę cios. Ostrza były tak blisko naszej skóry, że na ustach czułam bijące od nich wibracje.

    Uniosłam wzrok, widząc jak błękit odbija się w brązowych oczach Khana, które nigdy nie znajdowały się tak blisko mojej twarzy.

    – Nie można wiecznie uciekać, Thess. – jego ciepły oddech omiótł mi policzek. – Czasem trzeba zaryzykować. I pierwszemu unieść miecz.

    Zbierając całą siłę woli, odepchnęłam go Mocą, sama stając na równe nogi. Poprawiłam chwyt na rękojeści i wzięłam głęboki oddech. Skup się. Co wiesz?

    Jego lewa ręka nie domaga pod zbyt dużym kątem, pozostałość po… to teraz nieważne. Ramię. Częste skurcze w łydce. Będzie zachodził mnie od takiej strony, z której wykorzysta moją wolniejszą nogę. Przyzwyczaiłam go do uników i bloków.

    I jeszcze nigdy nie wygrałam żadnego sparingu.

     – Gotowa? – powiedział spokojnie. Po jego neutralnej pozycji nie byłam w stanie wywnioskować niczego.

    Kiwnęłam głową. I zaczęliśmy nasz taniec.

    Minuta za minutą, cios za ciosem, blok i unik. Straciłam poczucie otoczenia, liczyło się tylko starcie ostrzy, które raz za razem błyskały szaleńczo.

    A wtedy zdarzyła się okazja.

    Celowo odsłoniłam bok, przesuwając stopy tak, by pozwoliły mi wykonać odpowiedni manewr. To ostatnie umknęło Khanowi, który od razu zauważył moją słabość.

    Cień zaskoczenia na jego twarzy, gdy sparowałam miecz beskarową protezą był dokładnie tym, czego potrzebowałam. Wystarczyło odepchnąć jego ostrze, obrócić się na pięcie stając mu za plecami, gdzie ręka nie mogła się odpowiednio wykręcić i zatrzymać broń na wysokości karku.

    Zapanowała cisza. Patrzyłam na Khana, który jeszcze przez chwilę próbował zrozumieć, co się właśnie stało, by unieść na mnie wzrok pełen…

    – To… – opanowany, miękki głos sprawił, że oboje odwróciliśmy się w jego stronę. – Było pouczające. – powiedział Mistrz Luke, po czym ruszył w stronę dżungli, pogwizdując z zadowoleniem.

    Wyłączyłam miecz, odstąpiłam o krok i skłoniłam się sztywno Khanowi.

    –  To była dobra walka, Mistrzu.

    A wewnątrz mnie krew i adrenalina wrzały do granic możliwości. Nie dałam jednak poznać po sobie, że nigdy nie czułam się bardziej żywa.

___________________________________________________

    Ciepły podmuch uderzył mnie twarz, gdy świadomością wróciłam na powierzchnię Korribanu. I zdałam sobie sprawę, że nie jestem sama.

    Postać Lady Astral majaczyła przede mną, bliżej niż wspominała o tym Seraya. Nie sposób jednak było dostrzec szczegółów niewyraźnej sylwetki, która zdawała się jednak niemal wpatrywać prosto we mnie.

    Wystarczył jednak jeden krok, by kształt rozwiał się w czerwonym pyle.

    Zamrugałam.

    Wszystkie moje wspomnienia sprowadzały się do jednego. Do słów moich rodziców, które teraz słyszałam wyraźniej niż kiedykolwiek.

    „Nasze oczekiwania są mało istotne. Ważne, żebyś nie zawiodła siebie”.


wtorek, 14 października 2025

Odbicie - Thessalia Vizsla

 Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.


    Odprowadziłam wzrokiem Y’ve i Dharana, których sylwetki rozpłynęły się w półmroku korytarza. Pozwoliłam sobie na lekki uśmiech: to był ważny dzień dla nich obojga. Nie w kontekście kolejnych bitew czy walk, ale ich wspólnego życia. Dobrze było widzieć, że Y’ve przyjmowana była już niemal jak rodzina przez najbliższych Dharana.

    Zasłużyła na to. Zasłużyła na szczęście.

    Drzwi zajmowanego przeze mnie pokoju otworzyły się z cichym sykiem. Kiedy weszłam do środka, barki mimowolnie mi opadły, a zaciśnięte dłonie rozluźniły się.

    To był długi dzień. A jeszcze się nie skończył.

    Podeszłam do okna, za którym rozciągała się nocna panorama Coruscant. Trudno było nie być pod wrażeniem: tysiące świateł, smugi speederów, budynki tak wysokie, że ich podstaw nie sposób było dostrzec. Miasto bez snu. Miasto, które nigdy się nie zatrzymuje. Wiecznie pędzące do przodu, nigdy nie oglądające się za siebie.

    A więc tu dorastałeś, Khan.

    Oparłam czoło o chłodne szkło i zamknęłam oczy. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak mało o tobie wiem. Może to właśnie nas łączyło: niechęć do własnej przeszłości. Nie zadawałeś pytań. Ja też nie. Może takiego spokoju potrzebowaliśmy.

    Może właśnie takiego bezpieczeństwa potrzebowaliśmy.

    Z zamyślenia wyrwał mnie naglący dźwięk datapadu. Z westchnieniem sięgnęłam po urządzenie i zamarłam.

    Coraz szybsze bicie serca wyznaczało mi rytm, z którym prześlizgiwałam się po tekście czytając go raz, drugi. I kolejny, zatrzymując się na ostatnich zdaniach wykreślonych przez Khana.

    Jego słowa były jak dotyk. Znajome, ciepłe, bliskie.

    Poczułam się tak, jakby był obok. Jakby zaglądał mi przez ramię, czekając na reakcję. Przez moment było to tak namacalne, że otworzyłam usta i odwróciłam się chcąc mu odpowiedzieć. Zganiłam się w myśli za taką głupotę.

    Wróciłam do okna, wyobrażając sobie gwiazdy nad sobą. Ile razy oboje patrzyliśmy w to samo niebo, myśląc podobnie, Mistrzu?

    Spuściłam wzrok i znieruchomiałam. Kobieta w szybie zrobiła to samo. Zmarszczyłam brwi, a odbicie zawtórowało mi zgodnie.

    Nie poznawałam go.

    Schludnie spięte włosy, makijaż uwydatniający każdą zaletę, a ukrywający każdy mankament. Podniosłam rękaw, wycierając strugi złota i czerni o szatę. Drugą dłonią wyciągnęłam tkwiące głęboko we włosach szpilki, uwalniając niesforne kosmyki.

    Spojrzałam jeszcze raz. I wtedy to do mnie dotarło: nie chodziło o makijaż.

    Chodziło o oczy.

    Nie spokojne i zdystansowane. Nie zimne i patrzące na świat z obojętnością.

    Były lekko wilgotne, nieco zmęczone. Emanujące ciepłem, troską...

    I przeraźliwie ogromną tęsknotą.

    Poczułam płynące od Badyla pocieszenie. Opadające liście, które rosną na nowo. Wszystko w końcu wróci. Wszystko znajdzie swój porządek.

    Nie prosiłam o to, ale wdzięczność pojawiła się od razu. Przez chwilę poczułam się lepiej. Mniej… samotna.

    Odłożyłam datapad, po czym szybko wyplątałam się z szat. Prysznic otrzeźwił umysł i pozwolił poukładać wydarzenia dnia. Krok po kroku dojrzewałam do tego, co wisiało mi nad głową dłuższy czas.

    Odświeżona, nalałam kieliszek wina i odetchnęłam głęboko. Po całym dniu w obcym miejscu, wśród nowych twarzy i problemów, nareszcie poczułam się sobą. Krople wilgoci perliły się na szkle, gdy odstawiłam go na stół.

    Nie, Khanowi na pewno nie chodziło o taką pomoc w myśleniu. Uznałby to za marnowanie dobrego alkoholu. Ale sam zapach cierpkiego trunku dawał mi złudne poczucie, że wcale nie dzieli nas cała galaktyka wraz z wrogą armią pośrodku.

    Po kolei.

    Wzięłam datapad. Znów zawiesiłam wzrok na niedawnej wiadomości, zastanawiając się co powinnam odpisać. Najchętniej opisałabym każdą spędzoną na Coruscant minutę. Powiedziała mu, że nowy sposób podróży międzygwiezdnych jest wspaniały, jakby napierająca ciemność otulała moje wątpliwości pozwalając lepiej spać. Zrugałabym go, że ma złe przeczucia co do stanu czekającej na planecie Nir’she, mówiąc jednocześnie, jak ciężko mi z tym, że nie mogę po nią polecieć sama tak jak prosiła. Chciałabym, żeby wiedział, jak bardzo w niego wierzę.

    Uniosłam palce i zaczęłam pisać. Krótko.

 

Zrób to, co musisz. Zabierz Nir’she do domu. 

A potem wróć do mnie i nie traćmy już czasu.

Myślę o Tobie częściej, niż pozwala na to rozsądek. Zawsze tak było.

Więc wróć. Do mnie.

I dla mnie.

 

    Uderzyłam przycisk „wyślij” i odłożyłam datapad. Ulga była nagła i głęboka, jak po głębokiej medytacji. Jakbym nie tylko napisała, ale wykrzyczała to, co dusiłam w sobie zbyt długo.

    Teraz trudniejsze zadanie.

    Uklękłam na ziemi, kładąc przed sobą miecz. Tym razem jednak nie zamknęłam oczu. Sięgnęłam przed siebie i postawiłam lustro. Odbicie wpatrzyło się we mnie, a ja w nie.

    Czas obedrzeć się ze złudzeń.

    Po rozmowie z Lukiem zaczęłam zastanawiać się, jak wiele z moich decyzji mogłoby stanowić teoretyczny dylemat moralny. Zapewne każda. Nigdy jednak nie podjęłam żadnych starań, by to rozważyć, co Seraya uznałaby za olbrzymi błąd.

    Lepiej późno niż wcale.

    Cofnęłam się myślami do Yavinu, kiedy planowano zasadzkę na moją babkę. Jak cała mokra od krwi patrzyłam, jak ta odbiera życia rozbrojonym najemnikom.

    Przypomniałam sobie dokładnie krzyki istot na martwej planecie, kiedy użyłam Mocy, by pozbyć się części zagrożenia ze strony armii Yuuzhan.

    Przez chwilę znów stałam nad ciałem Dorna, podejmując decyzję, że zabije tego, który mu to zrobił.

    A potem… Trzymałam fiolkę z życiem własnego brata w dłoni.

    Sekunda po sekundzie, minuta po minucie, łamałam się wewnątrz, analizując każde z tych wydarzeń i dziesiątki innych, którymi wcześniej nie zaprzątałam sobie nawet głowy.

    Każde z nich obdzierałam z tego, co JA uważałam za słuszne. Co JA uważałam za konieczne. Chciałam doświadczyć każdego z tych wyborów.

    Odsłonić je. Odsączyć z usprawiedliwień. Przez chwilę wyciszyć własne zasady i moralność. Spojrzeć obiektywnie przez pryzmat Kodeksu Jedi. Zderzyć je z Obyczajem. I dopiero potem z moim własnym osądem.

    Twardo patrzyłam w odbicie własnych oczu, pomimo agonalnego bólu, który rozchodził się po każdej części ciała. Siatka konsekwencji rosła w szybkim tempie. Mimowolnie sięgnęłam ku skrze, mocno zaciskając rękojeść miecza w dłoni.

    „Cierpiałaś tak, jak ona. Dlatego ją przy tobie zostawiłem”.

    Kryształ drgał lekko. Czuł mnie.

    Odetchnęłam głęboko, przypominając sobie, dlaczego to robię.

    Uciekałam przed własnymi demonami przez większość życia. Nie pozwolę by to się powtórzyło. Spojrzę im prosto w twarz. Nawet, jeśli oczy tych demonów wyglądają jak moje własne.

    Nigdy więcej nie będę zasłaniać się koniecznością: „bo tak było trzeba”. To, co zrobiłam lub czego nie zrobiłam, jest nieodwracalne. I akceptuje swoje działanie z pełnią ich konsekwencji. Nawet jeśli nie stawia mnie ono w dobrym świetle.

    Wszystkie decyzje, nawet te, które uważam za słuszne, powinny pozostawiać jakiś ślad.

    Rozluźniłam dłonie. Palce przejechały po nierównych rzeźbieniach beskaru.

    Możliwe, że to ja byłam przyczyną makabrycznych wydarzeń podczas pierwszych Prób. Kiedyś myśl o własnej winie nie dawałaby mi spokoju. Teraz jednak powoli, po tylu latach, przychodziła akceptacja. Nie dlatego, że zrzuciłam winę na kogoś lub coś innego.

    Dlatego, bo w końcu jestem silna na tyle, by dopuścić do siebie tę możliwość i nie załamać się pod jej ciężarem.

    Nie jesteś idealna, Thessalio. Przyzwyczajam się do tej myśli, ale wciąż brzmi obco.

    Skoro tak… to kim chcę być?

    Nie zbawczynią. Nie egzekutorką.

    Odpowiedziałam już sobie na to pytanie. Chcę być tarczą. Opoką. Podporą.

    Chcę być godna bycia Spamiętywaczem. Godna bycia Rycerzem.

    A przede wszystkim godna spojrzenia na siebie bez rozpamiętywania przeszłości czy wątpliwości prowadzących donikąd.

    Chcę żyć w zgodzie ze sobą. Nie żałować. Nie zawieść siebie i innych podkładających we mnie wiarę. Dlatego teraz przejdę przez wszystko, co dla mnie trudne. I zamknę to za sobą bez goryczy, niechęci. Bez ucieczki.

    Za to ze zrozumieniem własnych emocji, zasad, motywacji oraz błędów.

    I akceptacją.

    Błękitne oczy w lustrze wpatrywały się we mnie oceniająco.

    A ja, mimo bólu, nie odwróciłam wzroku.