wtorek, 11 marca 2025

Zanim skoczymy w płomienie - Kiara Saaid

Kim jest bohaterka?

Kiara Saaid to kapłanka bogini Sune pochodząca z Zakhary. Trafiła na Wybrzeże Mieczy w poszukiwaniu swojej córki Adii, która została porwana przez Kult Smoka. W trakcie podróży poznała Gaspara, Shina i Belmora.

Podczas walki z kultem okazało się, że Belmor został uwięziony na zamku chmurowego giganta, nad którym przejęła władzę Smocza Mówiąca. Drużynie udało się go uwolnić i wygrać wielką bitwę o Skyreach. Po wszystkim trafili do domu pracowniczego prowadzonego przez Bagniaka, który wcześniej będąc zastraszonym wystawił Rodzinę Zastępczą na pożarcie kultowi.


Oddech Belmora wypełniał pomieszczenie kojącym rytmem, w który wsłuchiwała się od wielu godzin. Sama nie mogła zasnąć: zbyt wiele myśli huczało jej głowie, a nie miała zamiaru budzić smokowca z czysto egoistycznej chęci zapomnienia się. Chociaż zapewne nie miałby nic przeciwko, tym bardziej, że zadbała o to, by obudził się bez po-alkoholowych nieprzyjemności. 
 
Uśmiechnęła się lekko, kiedy ogon mężczyzny zadrżał, trzepiąc ją lekko w łydkę. Nie, musi odpocząć. Zwłaszcza po tym wszystkim co ostatnio przeszedł. I co po części spotkało go przez nią.

Wyślizgnęła się cicho z łóżka, chwytając za torbę i narzutkę. Ledwie unikając zderzenia z kredensem oraz strącenia stojącej na nim świecy, wyszła na korytarz cicho zamykając za sobą drzwi. Sapnęła z ulgą, po czym złapała się wbitego w ścianę uchwytu pochodni, gdy potknęła się o rąbek koszuli nocnej. 

Cały dom pracowniczy pogrążony był w głębokim śnie. Do wschodu słońca została jeszcze godzina, a przynajmniej tak zwiastowało lekko szarzejące po nocy niebo. Skoro niedługo mają wyruszać… tak, to ostatni moment na poranną modlitwę.

Ruszyła ku jeszcze nieodbudowanej części domu. Przedzierając się przez stertę bali nieco podświadomie unikała skupiania się na zapachu spalenizny, który towarzyszył im tu ostatnim razem podczas walki. Zadarła głowę ku jaśniejącemu niebu, a widok blednących gwiazd momentalnie skierował jej myśli na wydarzenia w zamku Skyreach.

Gdyby musiała decydować znów, to kolejny raz bez wahania poruszyłaby świat w posadach byleby wyciągnąć stamtąd Belmora. Co jeśli by nie zdążyli? Co gdyby jego obrażenia okazały się poważniejsze? Potrząsnęła głową. Zdążyli. A on jest cały i zdrowy. Tak samo jak Gaspar i Shin, co graniczyło z cudem.

Wciąż zastanawiała się, czy smokowiec zrozumiał jej intencje kiedy mówiła o tym, jakie możliwości otrzymała od Sune. Nie chciała pytać wprost, nie miała zamiaru niczego wymagać ani sugerować. Cieszyła ją ich aktualna bliskość, ale przyszłość była niepewna, a ona wystarczająco namieszała już w życiu Belmora. Ciekawe czy mogła w Barovii zrobić coś, by został albo wyruszył wspólnie z nią. Może gdyby nie poprosiła go o znalezienie Adii…

Zacisnęła mocno dłonie, przyciskając je do mostka. Córeczko, w co ty się wpakowałaś? Czy ktoś cię zmusił, rzucił na ciebie urok? Dlaczego nie mogłam tego powstrzymać, pomóc, ochronić cię? Nawet nie potrafię cię znaleźć, chociaż mam wrażenie, że jesteś tak blisko.

Wychowywała ją w wierze w boginię piękna i miłości. Każdego dnia składały razem modły trzymając się mocno za dłonie, uśmiechając do siebie, ciesząc się własną obecnością. Co musiało się stać, by odwróciła się od Sune próbując przywrócić na ten świat córę zniszczenia i nienawiści?

Chciałaby wierzyć tak samo jak wszyscy wokół, że Adia została do tego zmuszona. Ale co jeśli to jej decyzja i jej wiara? Zimny pot zaczął spływać jej po plecach. Od kiedy Belmor powiedział, że Białej Mówiącej towarzyszy ktoś wyglądający jak dziewczyna z portretu, który dała mu dawno temu, nie mogła zaznać spokoju. Gdyby wystarczyło wydrzeć Adię z rąk krasnoludki… istniała jednak szansa, że stanie w obronie Varam i ramię w ramię z kultem zawalczy o Tiamat. I co wtedy? Czy ktokolwiek z jej towarzyszy podniesie rękę na jej córkę? Czy ona będzie w stanie ją skrzywdzić w obronie innych, których kocha?

Obojętnie co się stanie to ona, Shin i Gaspar muszą znaleźć Varam pierwsi. Bo jednego była pewna: Talis nie zawaha się przed niczym. Pozwoliła trójce nieznajomych zniweczyć (przynajmniej chwilowo) przyzwanie Tiamat. Ciągle zastanawiała się czy czarodziejka rzeczywiście jest kultystką czy po prostu pragnęła władzy. Może dałoby się przeciągnąć ją na tę drugą stronę… Albo inaczej: dałoby się gdyby rozmowa doszła do skutku. Teraz to jednak bez znaczenia. Możliwe, że wysłała ich na Skyreach z nadzieją, że wszyscy umrą zabierając po drodze Rezmir. Nie przewidziała tylko jednego: Pani Sune była z nimi cały ten czas.

Wyciągnęła z torby plik dokumentów, wertując je kartka po kartce. Dlaczego się wahała? Dlaczego tak uparcie próbowała znaleźć jakiś wymówki byleby przedłużyć nieuniknione?

Bo jeśli Adia jest po drugiej stronie, a wszyscy rzucą się sobie do gardeł, może nie zdążyć jej stamtąd wyciągnąć.

Przełknęła łzy. Opóźniając to wszystko naraża całe Wybrzeże Mieczy. Cały świat… W tym również i jej mały świat: Belmora, Gaspara, Shina. Czuła się jak tchórz. Pewnie wielu właśnie tak by ją nazwało. Przybyła tutaj żeby odszukać córkę, ale wolała żyć w ułudzie, że przynajmniej żyje. Odtrąciła czyjąś miłość, bo bała się jeszcze większego bólu. A teraz ryzykuje chociaż to nie do niej należy decyzja. Bo wybór został już podjęty, a przynajmniej tak wynikało z ich wczorajszej rozmowy. 

Głęboki oddech. Kolejny. I kolejny.

Czas działać.

Spojrzała w nieśmiało wychylającą się zza horyzontu łunę. Nie ma zamiaru czekać. Gdyby działała w Barovii zamiast się bać, może wyznałaby swoje uczucia Belmorowi zamiast zasłaniać się kapłaństwem. Gdyby nie czekała z pogonią Rezmir wiele rzeczy mogłoby wyglądać inaczej. Cierpliwość jest cnotą, owszem. Ale nie kiedy świat może zacząć płonąć w każdej chwili. Zwłaszcza jeśli zagrożony jest też jej mały świat. 

  – Pani. – powiedziała cicho, zaciskając powieki. – Dziękuję. Wątpię bym kiedykolwiek była w stanie spłacić mój dług. Dziękuję, że postawiłaś ich na mojej drodze. Dziękuję, że stoisz przy nich kiedy najbardziej tego potrzebują. Chroń ich, proszę. Wskaż im ścieżkę, gdy będą zagubieni… Tak jak pokazałaś ją mi. – uśmiechnęła się lekko. – Wiem, że Adia nosi w sercu wiarę. I nawet jeśli chwilowo błądzi w ciemności, to pochodnia twojej miłości pomoże jej odnaleźć drogę. A ja… dalej będę robić wszystko, by wypełniać twoją wolę, Pani. Bo ty jesteś miłością, pięknem, szczęściem… i dobrem. Żyję dla ciebie, a ty jesteś moim życiem.

Nie zauważyła, kiedy łzy zmoczyły jej policzki. Pociągnęła nosem i zaśmiała się cicho. To będzie wspaniały dzień.

Nim wróciła do środka, wyciągnęła piszczałki, które w ostatnim czasie okazały się tak przydatne. Wystarczyła krótka, niezbyt głośna melodia, by u jej stóp zebrał się tuzin gryzoni węszących zapamiętale małymi noskami. Wskazała im kierunek i ruszyła za nimi. Mogła to zrobić sama, ale nie chciała nikogo budzić. Wszyscy zasłużyli na chwilę oddechu.

Przed drzwiami jednej z izb położyła na grzbietach szczurów plik dokumentów, uchyliła drzwi i wskazała łóżko. Nie wydając niemal żadnego dźwięku, gryzonie położyły pergaminy przy ręce pół-orka, który przez sen odruchowo złapał je i przytulił do piersi mamrocząc kilka niewyraźnych słów. Kiedy ostatni ze szczurzych ogonów opuścił pokój, dała im kawałek sera i puściła zwierzęta wolno. Coraz bardziej podobała jej się ta współpraca.

Była pewna, że Shin odpowiednio wykorzysta dokumenty niegdyś należące do kultu i Czerwonych Czarodziejów z Thay. Takie właśnie było jego przeznaczenie. Nie jej, a jego: to właśnie on powinien dać je harfiarzom. Ufała osądowi mnicha i nic więcej się nie liczyło.

Weszła do głównego holu domu pracowniczego, by zastać tam osobę, którą miała nadzieję spotkać. Bagniak przechadzał się wśród materiałów budowlanych, mówiąc coś pod nosem i oznaczając osobliwie wybrane z nich. Na widok kapłanki przystanął, po czym chciał jak najprędzej oddalić się w bliżej nieokreślonym kierunku.

– Wiem, że jesteś zajęty, nie zajmę ci wiele czasu. – powiedziała cicho, zachęcając go uśmiechem, by jej wysłuchał. Brygadzista odwrócił się niepewnie, mrużąc podejrzliwie oczy. – Chciałam tylko… Wybaczam ci. I przepraszam, że prawie pozbawiłam cię życia. Uważam, że niesprawiedliwie byłoby wciąż wypominać zaszłości, dlatego też nigdy nie użyje już argumentu, że uratowaliśmy ci życie. Postawiłeś to miejsce na nogi, zająłeś się pracownikami. Zrobiłeś dokładnie to, czego się po tobie spodziewałam i na co miałam nadzieję. To naprawdę wspaniałe co zrobiłeś dla ludzi tutaj. Liczę, że uda nam się wspólnie zrobić jeszcze coś dobrego.

Mina Bagniaka była tak zmieszana, że ciężko było cokolwiek z niej wyczytać. Po chwili odchrząknął, kiwnął głową i znów zabrał się do pracy. Uśmiechnęła się do siebie. Nowe początki są zawsze takie… cudowne.

Wróciła do pokoju, zamykając drzwi najciszej jak potrafiła. Na zewnątrz robiło się coraz jaśniej, ale miała jeszcze jedną kwestię do załatwienia zanim stąd wyruszą. Może i nie była to sprawa pierwszej potrzeby, ale… ale była ważna. Tak, zdecydowanie.

Zastanowiła się co i jak chce przekazać, po czym skupiła się i wyszeptała słowa zaklęcia. Tak jak się spodziewała, znana jej z Waterdeep krawcowa już nie spała. I z radością podjęła się postawionego przed nią zadania. Ciekawe czy Andrzej pracował już nad zleceniem, które przekazała mu kilka dni wcześniej. Miała nadzieję, że drow zdąży zanim…

Zerknęła na śpiącego smokowca, po czym przykucnęła i przyłożyła mu dłoń do szyi. Uśmiechnęła się, odruchowo składając w myślach modły do Sune. 

Na chwilę ugasiliśmy pożar, który mógł pochłonąć świat. Nacieszmy się tym, co mamy. Przynajmniej przez chwilę… zanim znów skoczymy w płomienie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz