Kim jest bohaterka?
Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.
– Mistrzu, uważam, że…
– Tyle razy ci to powtarzałem, Thess – westchnął, przesuwając dłonią po rękojeści miecza świetlnego. – Poza oficjalnymi spotkaniami zwracaj się do mnie po imieniu. Nie jesteśmy Sithami, żeby mistrzować na prawo i lewo.
– To nie przystoi, Mistrzu – odparła, nie podnosząc wzroku.
Zatrzymał się, po czym westchnął znów. Młoda dziewczyna przy jego boku miała jak zwykle tę samą, wystudiowaną minę. Deszcz i wiatr już dawno rozrzucił jej czarne włosy, a czerwona skóra zbladła od wszechobecnego zimna.
– Jestem twoim partnerem. Owszem, mam pokazywać ci ścieżki Mocy, uczyć. Podlegam Radzie i odpowiadam za ciebie. Ale… ech. – przewrócił oczami na widok triumfu malującego jej się na twarzy. – Może kiedyś twój mistrz oręża tego wymagał, rozumiem. Ale nie ja. Mów mi Khan, Thessalio. Ile razy odbywaliśmy już tę rozmowę w ciągu ostatnich pięciu lat?
– Dokładnie osiemdziesiąt cztery. – wypaliła natychmiast. – Mistrzu. – dodała pospiesznie.
– Na Moc. – położył palce u nasady nosa, zamykając oczy. – Dobrze, to co takiego uważasz, moja droga uczennico, Thessalio Ovvu z klanu Vizsla. Jakież poczyniłaś obserwacje, cóż za myśli kłębią się w twoim umyśle?
Wiatr zawył, uderzając w twarz dziewczyny strugami lodowatego deszczu. Wzrok Thess zawisł na Khanie, który wciąż próbował odgonić z twarzy cień frustracji. Przez moment zapragnęła wyciągnąć rękę i odgarnąć z jego czoła wilgotne kosmyki brązowych włosów. Przełknęła ślinę, karcąc się w duchu za tak niepoprawne myśli.
Zapadła po pytaniu cisza przyciągnęła uwagę Khana. Kiedy na nią spojrzał, poruszyła palcami odpędzając narastające w nich odrętwienie.
– Thess. – położył jej rękę na ramieniu. Ciężar jego dłoni był przyjemnie uspokajający wśród wyjącej wichury. – Nie krytykuję cię ani wyśmiewam. Tytułuj mnie jak chcesz. Kiedyś jednak przestanę być twoim mistrzem. Czy wtedy zasłużę sobie na nazywanie po imieniu? Nie odpowiadaj! – wyszczerzył zęby na widok jej otępiałej miny; jego ochrypły, ciepły śmiech przetoczył się wśród szalejącej nad nimi burzy. – A teraz skończmy ten temat i wróćmy do nauki.
Słuchała go uważnie, ale myślenie i składanie wniosków przychodziło jej z trudem. Khan wyrozumiale zrzucił to na zmęczenie podróżą i pogodę panującą na planecie. Dzień minął szybko na obserwowaniu dyplomatycznego tańca między Jedi a urzędnikami niewielkiego, zapomnianego przez Republikę świata.
Leżąc tego wieczora w przydzielonych im pokojach, każdy grzmot kojarzył jej się tylko ze śmiechem, którego nie mogła wyrzucić z głowy. Powoli jednak upychała wszystkie emocje towarzyszące jej tego dnia głęboko na dnie samej siebie.
– Dobranoc, Thessalio. – usłyszała z łóżka znajdującego się przy przeciwległej ścianie.
– Dobranoc, Mistrzu. – odparła. – Dobranoc… Khan. – dodała ledwie słyszalnie.
Następnego dnia przywitała się z nim uprzejmie i wykonywała swoją pracę najlepiej, jak potrafiła. A wszystko inne zatopiła głęboko w beskarowym więzieniu wewnątrz niej, które wyło głośniej niż jakakolwiek wichura na zewnątrz.
_____________________________________________________________________________________
Świat wirował, a ja płonęłam.
Czy to możliwe czuć tak wiele naraz? Żywiczny zapach i ciepło jego skóry, dotyk dłoni szorstkiej od dziesiątek lat treningów. Wszystkie drobne perfekcje, które do tej pory składały mi się na obraz jednego człowieka teraz rozbiły się na dziesiątki emocji.
Przez szaleńcze uderzenia i szum krwi słyszałam jego oddech. A może to mój? Przyspieszony, gorący. Tak inny niż zawsze.
Każda część mojego ciała wydaje się sparaliżowana, a równocześnie tak bardzo wrażliwa.
Czy można nie czuć się zagubionym w zupełnie obcej dla siebie sytuacji?
Ale przecież on nie jest mi obcy.
Przyciągnęłam go jeszcze bliżej siebie. W odpowiedzi złapał mnie mocniej, pewniej, tak bardzo niecierpliwie.
Moich uszu dotarły jakieś krzyki z oddali. Nigdy nic nie interesowało mnie mniej.
Chciałam więcej, mocniej, bardziej. Poczułam jego język na swoich wargach, tracąc kontrolę nad sobą.
Więcej…
Wtedy wszystko wokół zajaśniało, jakby słońce wzeszło tuż nad powierzchnią planety: tylko po to, by natychmiast zgasnąć.
Khan zamarł, powoli odsuwając się ode mnie. Otworzyłam oczy wbijając wzrok w ciemność, która zapadła wokół nas.
– Thess… – poczułam dłoń na policzku. Dlaczego to, że wymawiał moje imię sprawiało mi taką przyjemność? – Thessalio.
– Tak? – usłyszałam obcy głos wydobywający się z moich ust. Niższy, ale bardziej miękki, lekko drżący. Niepasujący do wojownika. Za to tak bardzo pasujący teraz do tego, co czułam.
– Oddychaj. – wyczułam, że się uśmiecha. Kciukiem zgarnął kosmyk włosów spadający mi na czoło. – Bo pozbawisz światła całą twierdzę.
Posłusznie wypuściłam trzymane w płucach powietrze, a z tym jednym oddechem uszła cała tęsknota uderzająca we mnie falami od tygodni. Jego „oddychaj” towarzyszyło mi od pierwszego dnia bycia uczennicą, ale wypowiedziane tutaj, teraz, brzmiało zupełnie inaczej.
Położyłam niespokojną rękę na jego klatce piersiowej, czując jak unosi się i opada w przyspieszonym tempie. Wystarczyła sekunda, żebym zorientowała się, że jego szata jest krzywo założona. Zadrżały mi kąciki ust.
„Kiedy myślałem o kimś, z kim mógłbym iść przez życie… o towarzyszce, która mogłaby przy mnie być… nigdy nie byłem w stanie myśleć o kimś innym niż ty.”
Powinnam teraz odstąpić. Dać nam obydwu przestrzeń. Pozwolić na przemyślenie wielu kwestii, zaakceptowanie ich. Na Moc, dziesięć godzin temu brałam udział w abordażu, a teraz tracę kontrolę nad sobą trzymana w objęciach przez mężczyznę, z którym na ochotnika zgodziłam się spędzić resztę życia.
Chcę tyle mu powiedzieć. Chcę tyle pokazać. Chcę go słuchać. Chcę się z nim śmiać. Chcę… jego.
Nie chcę się kontrolować. Nie chcę się odsuwać. Nie chcę stawiać kolejnego muru.
Wzrok powoli przyzwyczajał mi się do panującej wokół ciemności. Zauważyłam, że przygląda mi się badawczo, nieco niepewny, trochę ostrożny. Próbujący przebić się przez ścianę moich myśli samym spojrzeniem.
– To trochę dużo jak na jeden dzień. – powiedział, kiwając lekko głową. Opuścił ręce i odsunął się o pół kroku. – Chodź, odprowadzę cię.
– Poczekaj. – wszystko we mnie zbuntowało się na jego słowa. Wzięłam oddech, próbując znaleźć równowagę, która wydawała się teraz czymś zupełnie nierzeczywistym. – Wiem, że to wszystko wydarzyło się szybko. Że… zostałeś postawiony pod ścianą. Rozumiem, że chcesz przemyśleć to, co będzie. Ale chcę wiedzieć, czy powiedziałeś to ze względu na siebie czy ze względu na mnie?
– Thess… Widzę, że jesteś inna. Czuję to. – dotknął opuszkami palców jej dłoni. – Ale znam cię od ponad dziesięciu lat. Wiem, że to dla ciebie nowe. Dla mnie zresztą też. Nie mam zamiaru cię na nic naciskać ani przekraczać twoich granic.
– Nie potrzebuję, żebyś mnie chronił. – dlaczego powiedziałam to tak dobitnie? Z wahaniem złapałam jego rękę i westchnęłam cicho. – Naprawdę nie jestem w tym dobra. Umiem działać, nie składać ładne zdania.
– A ja nigdy nie chciałem, żebyś mówiła do mnie piękne słówka. – ścisnął moją dłoń. – Ale… móc wiedzieć co i o czym myślisz byłoby całkiem przyjemne. Teraz nie mam pojęcia co się w tobie dzieje, Thess. Wiem, że umiesz o siebie zadbać, nigdy nie dałaś mi podstaw, by myśleć inaczej. I to zawsze mi się w tobie podobało.
Krew napłynęła mi do policzków. Czułam się tak… onieśmielona.
– Myślę o tym, że… – spojrzałam na niego. – Że chciałabym nadrobić ostatnie miesiące. Tak jak kiedyś.
– Porozmawiać… po dzisiejszym dniu to by się nam przydało, co? – zaśmiał się głośno.
Jak ja uwielbiam ten dźwięk.
Zakręciło mi się w głowie, kiedy palący mnie pożar wybuchł na nowo.
Wpiłam się w jego usta, popychając go na kamienną balustradę balkonu. Jęknął zaskoczony, ale nie pozostał mi dłużny. Odpowiedział mi z pasją i łapczywością, która była dokładnie tym, czego potrzebowałam.
Zrobił pewny zwrot i tym razem to ja uderzyłam biodrami o kamień za sobą. Złapał moją nogę, unosząc ją zgiętą, niwelując niewielką przestrzeń, która nas dzieliła. Teraz to ja jęknęłam, czując jak jego ciało napiera na mnie pożądliwie.
Odsunął usta od moich warg, ale nie oderwał ich od skóry. Przesunął się niżej, zatrzymując się na szyi. Wplotłam palce w jego włosy tracąc oddech.
Resztką przytomności zarejestrowałam dźwięk zbliżającej się beskarowej zbroi.
Idź stąd, zamajaczyło mi w głowie, Nie teraz…
Myśli straciły kształt, kiedy poczułam dłoń na wewnętrznej stronie uda. Odruchowo wbiłam palce w jego ramiona.
– Khan…
Wydaje mi się, że chciałam mu coś powiedzieć, ale nie dał mi szansy. Świat wirował, a ciemność miała czerwone zabarwienie, kiedy czułam jego dłonie na swojej skórze. Nie potrafiłam nawet zadać sobie pytania czy właśnie tak powinnam się czuć.
Nagle zostałam sama. Poczułam jak szybko zabiera dłonie z mojego ciała i poprawia mi szaty na piersiach. Zdezorientowana zamrugałam kilka razy, oddychając ciężko.
Po kilku sekundach dwóch mandalorian otworzyło drzwi balkonu, wmaszerowując bezceremonialnie. Jeśli któryś z nich był zaskoczony naszą obecnością, to nie dali tego po sobie znać.
– Połowa tego sektora wymaga zmiany oświetlenia. – powiedział jeden z nich beznamiętnie. – Radzę, byście zabrali się stąd gdzie indziej.
– Tak, racja, już późno. – przytaknął Khan nonszalancko. Położył mi dłoń na ramieniu i wprowadził do środka twierdzy. Nogi wciąż mi drżały, ale przynajmniej byłam w stanie skupić wzrok.
W korytarzach jaśniało czerwone oświetlenie awaryjne. Łatwo było zorientować się czemu: przy każdej ze zgaszonych pochodni widniało olbrzymie wypalenie rysujące się czarnymi smugami na surowych ścianach.
– Nasza rozmowa była dość… owocna. – zerknął na mnie, jakby zastanawiał się jak zareaguję.
– Myślę, że mamy sobie jeszcze sporo do powiedzenia. – świetnie, teraz nawet głos mi się trząsł.
– Zabraknie im tu pochodni, jeśli tak dalej pójdzie. I wiesz co? – przystanął i zbliżył się do mojego ucha. – Zupełnie mi to nie przeszkadza. – uśmiechnął się.
Przytaknęłam, nie do końca rozumiejąc, co ma na myśli.
Zaprowadził mnie do części twierdzy, w której jeszcze dziś nie byłam. Pokój był mniejszy niż ten przydzielony mi oraz Y’venette. Na stole zauważyłam kilka szklanek, a obok wysoką butelkę trunku. Nic więcej nie było mi dane dostrzec, bo gdy tylko zamknęły się drzwi, znów nie mogłam skupić się na niczym innym niż na obecności Khana.
– Napijesz się czegoś? – zaproponował. Było to tak niespodziewane pytanie, że dopiero po chwili zorientowałam się, że mówi poważnie.
– Nie. – odparłam szybko i wyciągnęłam do niego rękę.
– Dzięki, o Mocy! – westchnął, szybko skracając dzielący nas dystans.
Taniec, który został nam przerwany, rozpoczął się na nowo. Cofnęłam się, pociągając go za sobą. Kurta i wierzchnia część szaty Khana wylądowała na podłodze. Przesunęłam się w tył tracąc równowagę, szybko jednak wsparłam się o stojący za mną stół. Dźwięk tłuczonego szkła wydał mi się zaskakująco mało istotny. Zwłaszcza, że teraz to ja zostawałam pozbawiana części garderoby.
– Wybacz, Khan. – oschły głos otrzeźwił mnie dużo bardziej niż potłuczone szklanki. Obejrzałam się w jego stronę, widząc siedzącego na łóżku Jerro, który przyglądał nam się wielkimi oczami. – Ale chyba skorzystam dziś z gościnności Kyle’a. – mężczyzna wstał, wziął pod pachę jedną z poduszek i wyszedł z pokoju.
Spojrzałam powoli na Khana, który z głupią miną wpatrywał się w drzwi. Zacisnęłam usta, kiedy przeniósł wzrok na mnie. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem, tak czystym i tak zwyczajnym, że całe napięcie dzisiejszego dnia wyparowało.
– No cóż… – wydusił Khan, nadal szeroko uśmiechnięty. – To…
– To dobry moment, żeby się czegoś napić – powiedziałam rozbawiona, powoli uspokajając oddech. – Rozejrzałam się po podłodze, szurając nogą między rozbitym szkłem. – Aha! – zakrzyknęłam triumfalnie, podnosząc jedyną rzecz, która przetrwała: flaszkę przezroczystego trunku.
Wzięłam łyk i podałam butelkę Khanowi. Ten jednak chwycił ją, po czym odstawił na bok. Jego wzrok nie odstępował mnie nawet na chwilę.
Złapałam go za rękę i pociągnęłam na łóżko.
– Opowiedz mi o podróży do Quen. A ja… opowiem ci jak republikański pilot został prawie zamęczony przez mandalorian i samogon mojego dziadka.
Uśmiechnął się do mnie ciepło.
– Tak. Wszystko ci opowiem.
Usiadł za moimi plecami i przyciągnął do siebie, żebym mogła się na nim oprzeć. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w życiu było mi tak wygodnie.
Żadne z nas nie zaczęło mówić.
Bo żadne słowa nie były teraz potrzebne.
Walczyłam dziś. Zabijałam. Ratowałam. Czułam dumę, zagubienie, później wstyd i dyskomfort. Zakłopotanie. Miłość. Pożądanie.
Khan raz po raz przejeżdżał palcami po moim ramieniu. Byłam ciekawa o czym myśli.
Chciałam mu powiedzieć tak wiele. Ale nie teraz.
Teraz nie chcę psuć ciszy, która wydaje się w tym momencie wspanialsza niż jakakolwiek rozmowa.
Mój oddech się uspokoił, serce zaczęło bić wolniej. Jeszcze chwilę temu wydawało mi się, że odnalezienie równowagi jest niemożliwe. Teraz czułam ją całą sobą. Wszystko to w ciągu ilu? Trzydziestu ostatnich minut?
Przymknęłam oczy. Trzydzieści minut…
I zaraz je otworzyłam, przypominając sobie o jednym, istotnym szczególe.
– Khan? – powiedziałam spokojnie.
– Tak, Thess?
– Muszę znaleźć mojego ojca, bo inaczej cię zabije.
– Jest środek nocy, to raczej może zaczekać do… zaraz, on mnie CO?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz