Kim jest bohaterka?
Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.
Zginęło dziś trzech Rycerzy - wyszkolonych Jedi, z którymi mieszkałam przez około piętnaście lat pod jednym dachem, a nawet ich nie znałam. Czy to normalne, że teraz, w ciasnej, tylnej części kanonierki potrafię myśleć tylko o tym, że dwie osoby siedzące przede mną są całe?
Tracę rozum czy właśnie go zyskuję?
Wsłuchałam się w ton Y’venette, która, po pierwszym szoku, jak zwykle zaczęła rozkładać wszystkie wydarzenia na czynniki pierwsze. Ta niezwykła, odważna dziewczyna – mimo braku odpowiedniego przeszkolenia i umiejętności bojowych – stanęła przed przeciwnikami, na których mało kto byłby gotowy. Wykazała się szybkim myśleniem, decyzyjnością i kreatywnością w rozwiązywaniu problemów, mimo obezwładniającego przerażenia pulsującego w jej żyłach.
Nie musiałam czuć od niej strachu. Sama byłam o krok od rozkazania jej odwrotu do kanonierki.
Oparłam głowę o ścianę kadłuba. Głos Y’ve nieco się rozmył, gdy w owiewce zobaczyłam wzrok Khana wbity w moje odbicie. Zamknęłam oczy.
Prawie się nie odzywał, od kiedy opuściliśmy atmosferę. Musiał być zawiedziony prezentowanymi przeze mnie umiejętnościami. Tym, że naraziłam Y’venette, a potem i jego, i Anakina własną niekompetencją. Gdybym walczyła lepiej, mocniej, szybciej…
Zacisnęłam mocniej powieki, przenosząc się kilka godzin w przeszłość. Znów znalazłam się na kolanach, pierś paliła mnie ogniem, ale adrenalina nie pozwalała skupić mi się na czymś tak błahym jak ból. Podniosłam wzrok, mając ułamek sekundy na podjęcie decyzji: zaryzykować atakiem czy uskoczyć przed ciosem.
Ktoś podjął ją za mnie.
Błyskawice przetaczające się przez ciało istoty. Nieludzkie wycie wojownika składającego się jeszcze chwile wcześniej do możliwie śmiertelnego uderzenia.
A za nim Khan otoczony lepką warstwą ciemności, która po chwili zniknęła, gdy skróciłam cierpienia przeciwnika.
Potrząsnęłam głową odpędzając od siebie tę wizję. Co tam się wydarzyło?
Powoli wypuściłam trzymane w płucach powietrze. Na wszystko przyjdzie pora.
Teraz chociaż przez chwilę chcę pozwolić sobie na uczucie wytchnienia. Na zaakceptowanie obezwładniającej ulgi, która spłynęła na mnie, gdy ciało leżące za skałami okazało się nie należeć do Khana.
Tak. Teraz chcę kilkunastu minut mandaloriańskiego świętowania zwycięstwa. Bez myślenia o tym, że czeka nas wojna i zginie dużo więcej niż trzech Rycerzy.
Otworzyłam oczy, a mój słuch znów się wyostrzył. Y’ve pouczała właśnie ogara, że muszą poćwiczyć manewr „głowa na karku”. Nie miałam pojęcia co to znaczy, ale zaśmiałam się cicho na widok znudzonej miny bestii.
Czułam się tak, jak jeszcze niedawno na Concordii. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że za krótki czas znów zrobi się ciężko. Ale teraz…
Wyciągnęłam głowę do przodu i położyłam ją na ramieniu Y’venette. Zamilkła, kiedy poczułam od niej najpierw zdziwienie, które niemal od razu przerodziło się w mruczące zadowolenie.
Uśmiechnęłam się leniwie, patrząc na Khana, który w skupieniu pilotował kanonierkę. Naprawdę martwiłam się i zastanawiałam jak mnie tu znów przyjmą?
Pomyślałam o Serayi przykładającej swoje czoło do mojego.
O wyciągniętej w moją stronę ręce Khana.
Całkowicie świadomie przyłączyłam się do wibrującego zadowolenia Y’ve, zabarwiając je wewnętrznym spokojem.
Wróciłam do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz