Kim jest bohaterka?
Kiara Saaid to kapłanka bogini Sune pochodząca z Zakhary. Trafiła na Wybrzeże Mieczy w poszukiwaniu swojej córki Adii, która została porwana przez Kult Smoka. W trakcie podróży poznała Gaspara, Shina i Belmora.
Adia została odnaleziona, a czary, które nałożył na nią kult – zdjęte. Rodzina Zastępcza znów powróciła do Waterdeep, by tym razem rozdzielić się na dłużej. Kiara widzi jednak niepewność i wątpliwości, które rodzą się w Belmorze.
Osada ametystowych smokowców, z której pochodzi Belmor, została doszczętnie zniszczona podczas walki smoków chromatycznych z metalicznymi, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Całe życie wędrował sam w poszukiwaniu pobratymców – bez skutku. Kiara postanawia pomóc mu w odpowiedzi na pytanie: czy jest jeszcze kogo szukać?
Czy został sam?
Świątynia Sune w Waterdeep późnym wieczorem jest całkowitym zaprzeczeniem tego, co ludzie zwykle uważają za miejsce czci i kultu. Przemykające w ciemności chichoczące kształty, upajający zapach, rozbrzmiewające zewsząd elektryzujące dźwięki bliskości. Belmor był aż nazbyt świadomy każdej z tych rzeczy, idąc w kierunku pokoju Kiary, którego drzwi były lekko uchylone. Zapukał taktownie, ale popchnięte łagodnie drzwi same się otworzyły.
– Jesteś wcześniej. – rzuciła stojąca przy oknie Kiara.
Odziana w niemal przezroczystą suknię kapłanka otulona była chłodnym światłem księżyca spływającym przez wykusze. Jej ciemna skóra wydawała się błyszczeć od natartych nią olejów, a wesołe oczy momentalnie zmieniły kolor na czerwień, kiedy tylko smokowiec zamknął za sobą drzwi.
– Czyli to taką rozmowę miałaś na myśli? – mruknął pod nosem, nie mogąc oderwać wzroku od jej ciała. – Raczej cichą albo bez słów?
– To pierwsze na pewno nie. – zaśmiała się perliście.
Kiedy do niego podeszła, nozdrza wypełnił mu zapach czegoś zupełnie innego od wszechobecnego kadzidła. Nagle poczuł się bezpieczny, ale jednocześnie wyraźnie pobudzony. Przed oczami stanęło mu wszystko to, co pociąga go najbardziej. Uczucie było niemal obezwładniające, a przynajmniej upajające.
– Naprawdę chciałam porozmawiać. – Kiara wyrwała go z własnych myśli. – Wiem, że ciężko jest ci wyjechać. Że zacząłeś wątpić, bo wszystko, co powinno się wyjaśnić, stawia przed tobą jeszcze więcej pytań. Więc pomyślałam, że chciałabym…
– Kiara. – przerwał jej smokowiec. – Nie mogę się skupić.
Uśmiechnęła się lekko, jakby nie mógł dać jej większego komplementu. Przytrzymała mu dłoń, kiedy chciał oddać jej swoją kurtę; sama jedynie pstryknęła palcami. Diadem zabłysł lekko, a kapłanka stała przed nim w zwykłej sukni. Miała nadzieję, że to wystarczy: jeżeli był tak rozkojarzony, nie powinien móc przejrzeć przez rzuconą iluzję.
Zamrugał.
– Chcę ci pomóc. – przyłożyła dłoń do jego policzka. – Dać ci odpowiedź. Odkąd opuściliśmy tamten grobowiec, czuję, że Sune jest ze mną, a ja jestem z nią. Myślę, że… Że będę mogła zapytać jej o to, czego chciałbyś się dowiedzieć. Nie wiem, czy odpowie. Nie wiem jak odpowie. Ale to jedyne, co mogę ci ofiarować.
– Możesz zapytać o coś boga? – przekrzywił sceptycznie głowę. – Jak to niby miałoby wyglądać?
– Czytałam, że pewna grupa kapłanów jest w stanie nawiązać kontakt z obecnością Sune. – wyjaśniła spokojnie. – Może odpowiedzieć na trzy twoje pytania. W granicach własnej wiedzy i własnego zdania. Nigdy tego nie robiłam, ale… czuję ją. Myślę, że byłabym w stanie z nią porozmawiać.
– Hmpf. – mruknął. – Dobra, spróbujmy.
– Wspaniale. – uśmiechnęła się szeroko. – Chodź.
– Dokąd? – zmarszczył brwi. – Tutaj jest źle?
– Jesteśmy w świątyni. – przewróciła oczami. – Zrobimy to tak, jak należy. – wyciągnęła do niego dłoń, którą złapał wzdychając cicho.
Korytarze świątyni były niemal opustoszałe. Wchodząc do głównej nawy od razu skierowała się ku jednemu, konkretnemu punktowi. Jeżeli miała skontaktować się z Sune to tam, gdzie bogini po raz pierwszy jej się ukazała.
Kiedy Belmor przysiadł na materacu opierając się o aksamitne poduszki, Kiara rozpaliła kadzidła i rozpoczęła modlitwę. Po chwili skropiła je łagodnie wodą święconą, a wilgotną rękę wsunęła w dłoń smokowca.
Kadzidła zaczęły gęstnieć, a światła latarni przygasły. Miała wrażenie, że jej ciało nie znajduje się już w świątyni. Czuła zapach specyfiku, który sama tego dnia zastosowała, ale w tym miejscu było to naturalne i jeszcze bardziej żywe. Wzięła głęboki oddech rozkoszując się wonią piasku rozgrzanego słońcem, cynamonu i prochu strzelniczego.
Wiedziała, że Sune jest obok. Przed oczami miała jedynie olbrzymi witraż z jej podobizną, ale czuła obecność Bogini Miłości.
– Teraz. – szepnęła. – Zadaj swoje pytania, Belmorze.
– Czy… – zawahał się. – Czy gdzieś w Faerunie jest jeszcze istniejąca większa osada smoków i drakonów ametystowych?
Umysł Kiary wypełniła przepełniona smutkiem odpowiedź łagodnego, kobiecego głosu.
– Przykro mi, Belmorze. – powiedziała cicho. – Niestety nie.
Westchnął, jak gdyby tego się właśnie spodziewał, ale zdecydowanie nie chciał tego usłyszeć.
– A czy Sardior ma zamiar włączyć się w konflikt? – rzucił.
Nie trwało długo, by słowa spłynęły poprzez kapłankę, która wypowiedziała je spokojnym, ale nieswoim głosem.
– Pan Sekretów sam wybiera co robi. Ale nie zostawi cię. Jego ukryta cząstka wciąż siedzi nieprzebudzona w tobie. Aleithilithos zginął, byś ty i inni mogli chodzić.
Zanim zdążyła przyswoić sens tych słów, serce przeciął jej żal, gdy zobaczyła, jak oczy Belmora wypełniają się łzami. Ścisnęła pocieszająco jego dłoń, czekając aż będzie w stanie zadać ostatnie pytanie.
– Czy uda nam się w ogóle powstrzymać powrót Tiamat? – wykrztusił.
W głowie rozbrzmiało jej wahanie, które po chwili przybrało słowną formę.
– W konfliktach z bogami nie ma dobrych odpowiedzi.
Poczucie obecności Pani Miłości zniknęło, a kadzidła rozwiały się. Kiara sapnęła, wypuszczając z siebie resztki magii, nie zwracając uwagi na umykającą z jej ciała iluzję. Otrząsnęła się szybko i spojrzała na pogrążonego w myślach smokowca.
– Chyba… – zaczęła nieśmiało czekając aż podniesie na nią wzrok. – Chyba nie za bardzo wyszło mi dodanie ci otuchy, prawda? – westchnęła ze smutkiem, po czym chwyciła go w objęcia. – Bardzo, bardzo mi przykro, Belmorze.
– Nie ma za co być ci przykro. – mruknął. – Po prostu… cały czas miałem nadzieję, że… że gdzieś są. Że uchowała się jakaś enklawa, jakaś społeczność.
– Aleithilithos…
– Był jednym z ametystowych żmijów. – odwrócił twarz i pociągnął nieznacznie nosem. – Smokiem przez duże „S”. Myślałem, że chociaż on wyszedł cało z tego wszystkiego, może wtedy… wszystko wyglądałoby inaczej. Ale jego już nie ma. Tak samo jak innych. – warknął. – Jaka, kurwa, ukryta cząstka? W dodatku „nieprzebudzona”? O co w tym chodzi?
– Nie wiem. – przyznała ze smutkiem. – Wydaje mi się, że… myślisz, że mogłeś źle zadać pytania? W końcu na pewno są jeszcze jakieś ametystowe smokowce. To niemożliwe, żeby nie został już nikt. Tym bardziej, że „ty i INNI mogli chodzić”.
– Ta. – prychnął. – Kiara, jak długo jesteś na Wybrzeżu Mieczy? Jak wiele zobaczyłaś?
– Ja…
– Inaczej: widziałaś jakiegoś drugiego mnie?
– Nie, ale…
– No właśnie.
Cisza między nimi zgęstniała. Miała wrażenie, że cokolwiek powie tylko pogorszy już i tak pochmurną atmosferę. Po chwili jednak Belmor wypowiedział dokładnie to, co kotłowało się i w jej głowie.
– Kurwa, skoro nawet Sune nie wie czy pokonamy Tiamat, to jak mamy to do cholery zrobić?
– To nic nie znaczy. – zaprzeczyła machinalnie. – Wiesz, że to zależy od zbyt wielu czynników. Zbyt wielu decyzji i wydarzeń.
– Dlaczego TY nie chciałaś zadać żadnych pytań? – jego badawczy wzrok spoczął na niej, nagląco żądając odpowiedzi.
– Bo nie mam żadnych. Już nie mam. – uśmiechnęła się łagodnie, kładąc dłoń na jego policzku. – Mam wszystko o czym mogłam marzyć, a nawet i więcej. Moja bogini jest ze mną. Moja córka jest bezpieczna. Ty jesteś obok. Mam wspaniałą rodzinę. Nie potrzebuje niczego innego.
– Jak zwykle patrzysz tylko z jednej strony. – pokręcił głową z dezaprobatą.
– A jak mam na to patrzeć? – zmarszczyła brwi. – Nie myślę o tym „CZY” nam się uda. Musi nam się udać. Po prostu… nie ma innej drogi.
– Gdyby to było takie proste.
– Jest. – ogniki zatańczyły w złotych oczach Kiary. – Mam o co walczyć, Belmorze. Zniweczymy wysiłki kultu. Zobaczysz. – szybko jednak złoto zastąpiła czerwień. – Chciałabym ci jeszcze jakoś pomóc. Rozwiać wątpliwości zanim ruszysz w drogę. Ale mogłam dać ci tylko kawałek mojego serca. – dotknęła małego wybrzuszenia w kieszeni na piersi smokowca.
– Właściwie to jak to działa? – wyciągnął kryształ i przyjrzał mu się. – Ty szybko zorientujesz się, że coś mi się stało. No, właściwie to w ciągu trzech dni, później to, co zamontowałem w lampie, przestanie działać.
– Nie, dowiem się szybciej. – poprawiła go. – Jeżeli mały ty przestanie kołysać mnie do snu. – uśmiechnęła się lekko i dotknęła palcem różowej bryłki. – Tak naprawdę to… nie wiem do końca jak to działa. Jeżeli umrę to… i ono umrze.
– Kiedy ubierasz to w takie słowa…
– Nie powiedziałam ci wszystkiego. – przyznała. – Chyba nie chciałam cię przytłaczać? Widzisz… To dosłownie jest kawałek mojego serca. Jest czymś jak… fizyczna manifestacja mojego oddania Sune i mojej miłości do ciebie.
– I nie wiesz jak to działa? – uniósł wargę odsłaniając kły.
– Nie. – przyznała zawstydzona. – Znalazłam ten rytuał w dość, można powiedzieć, zapomnianej księdze. Pomyślałam, że może w jakiś sposób cię ochroni. Wiem, że nie składasz modłów, a tak… Pani Sune zawsze jest przy tobie.
– Kiara… – zacisnął powieki z wyrazem niedowierzania. – Czy ktokolwiek kiedykolwiek powiedział, że nieznane rytuały ze starej księgi to dobry pomysł?
– Teraz już i tak na to za późno. – uśmiechnęła się przepraszająco. – Ale przynajmniej będziesz wiedział, że moje serce wciąż bije.
Uznała, że tym razem również lepiej przemilczeć fakt, że nigdy już nie będzie mogła powtórzyć tego rytuału.
– Dobrze. – westchnął. – Chodźmy stąd. Za dużo tych czarnych myśli i apokaliptycznego spojrzenia w przyszłość.
– Jeszcze jedno. – złapała go wpół kroku, kładąc dłonie na jego policzkach i zmuszając go do spojrzenia jej w oczy. – Wiesz, że nie jesteś sam, prawda? Wiesz, że masz nas?
– Tak, wiem, że nie jestem sam. – odparł, co zdecydowanie ją usatysfakcjonowało.
– Będę na ciebie czekać. – dodała. – Zawsze. I tak długo, jak będzie trzeba.
Ściągnął jej dłonie z policzków, przyciągnął je do swojego ciała i pocałował ją w czoło.
– Chodźmy stąd. – powtórzył cicho. – Do ciebie.
– Tak. – pokiwała głową z uśmiechem. – W końcu czeka nas długa rozmowa, prawda?
Bez pośpiechu zlustrował ją wzrokiem od stóp do samego czubka głowy.
– Tak. Bardzo długa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz