czwartek, 9 października 2025

Zasługuję na to - Thessalia Vizsla

 Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.


    – Thessalio! Thessa… Na Moc, THESS!

    Zerwałam się ze snu, oddychając ciężko. Zimne krople potu spływały mi po plecach, a w nozdrzach wciąż czułam metaliczny zapach krwi. Zacisnęłam powieki, pod którymi zapiekły mnie łzy.

    Dopiero po chwili zorientowałam się, że czyjaś dłoń spoczywa na moim ramieniu. Otworzyłam oczy, widząc w bladym świetle latarni zaniepokojoną twarz mężczyzny. Rozejrzałam się nieprzytomnie po pokoju.

    Akademia Jedi. Yavin 4. Nie podziemne korytarze Mandalory.

    Byłam tu prawie rok, ale i tak wszystko wydawało się obce.

    – Thess, wszystko w porządku?

    Mężczyzna wpatrywał się we mnie pytająco. Momentalnie zamknęłam wszystkie emocje i myśli wewnątrz siebie. Khan zabrał rękę, ale wciąż czekał na odpowiedź.

    – Tak, Mistrzu. – powiedziałam odruchowo. – Wszystko w porządku.

    – Znowu miałaś koszmar. – stwierdził. Kiwnęłam głową. Nie chciałam wiedzieć, czy krzyczałam to, co widziałam we śnie.

    – Mogę pomóc ci zasnąć, Thessalio. Bez snów.

    Podniosłam głowę, zaciskając sztywno usta.

    – Poradzę sobie.

    – W to nie wątpię. – westchnął nieco zirytowany. – Nie pytałem wcześniej i pytać nie będę. Wiem, że własne demony to coś, czemu trzeba stawić czoła samemu. Ale jeśli…

    – Poradzę sobie, Mistrzu. – powtórzyłam. Oboje wiedzieliśmy, że nie zasnę już tej nocy, ale Khan tylko kiwnął głową.

    – Dobrze. – podszedł do stojącego na środku pokoju stołu i zapalił światło. Dopiero zauważyłam, że wciąż jest w pełnej szacie Jedi. – To może pomożesz w czymś mi?

    Wyciągnął z kieszeni talię kart. Zmarszczyłam czoło i zaintrygowana podeszłam bliżej.

    – Grałaś kiedyś w pazaaka? – zapytał, tasując talię, gdy pokręciłam głową. – Gra losowa, ale i strategiczna. Chodzi o to, żeby grać nie kartami, a przeciwnikiem. Zwłaszcza, gdy oboje są użytkownikami Mocy. A tak się składa, że Kyle ciągle mnie ogrywa. Muszę poćwiczyć.

    – Nie powinniśmy skupić się na umiejętnościach przydatnych Jedi? – zapytałam szczerze zniesmaczona. – To zabawa, nie prawdziwe działanie.

    – To nie propozycja, tylko zadanie od twojego Mistrza, Thessalio. – powiedział poważnie. – Musisz potraktować je serio. Pomoże ci to odczytać intencje przeciwnika, osób, z którymi rozmawiasz. To nie błaha gra o nic.

    Westchnęłam i sięgnęłam po karty. Do porannego treningu zostały cztery godziny, równie dobrze mogę faktycznie nauczyć się czegoś nowego.

    – Widzisz, lekcja pierwsza. – położył przede mną pierwsze rozdanie. – Poznaj przeciwnika i mów to, co chce usłyszeć. – uśmiechnął się przewrotnie. 

    Każde rozdanie było inne. Każde wciągało. Skupiona słuchałam zasad, między którymi Khan wplatał anegdoty z własnych gier. Powoli przestawałam myśleć o rozrywanych ciałach, krzykach i krwi przelewającej się przez moje dłonie.

    Oparłam głowę na zgiętej ręce, próbując skupić się na kolejnych słowach Mistrza. Powieki zaczęły mi ciążyć. Ledwie przytomna, pozwoliłam się odprowadzić do łóżka.

    Powietrze nie pachniało już krwią, tylko łagodną wonią jego szat.

___________________________________________________________________  

    Kolejna próba medytacji zakończyła się tak samo jak poprzednia: całkowitą porażką. Otworzyłam oczy i spojrzałam na drżące dłonie, kilkukrotnie prostując i zaciskając palce.

    Od rana starałam się unikać jakichkolwiek interakcji. Potrzebowałam czasu, by przetrawić fakty, nie po prostu odciągnąć myśli. A to nie przychodzi łatwo.

    Jaką ulgę czułam, kiedy zobaczyłam, że to nie ja byłam odpowiedzialna za zajścia podczas Prób. Jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar setek nieprzespanych nocy wypełnionych bólem i zaprzeczeniem.

    Na pytanie co takiego mają zrobić wplecione we mnie zaklęcia Any, ta odpowiedziała, że pomagają mi zapanować nad częścią umiejętności. Wiedziała. Musiała wiedzieć. Nie zdradziła się jednak ani po zajrzeniu w głąb moich wspomnień, ani później.

    Chciała oszczędzić mi cierpienia czy odwrotnie: wolała nie być świadkiem tego, jak łamię się pod naporem odpowiedzialności za tamte wydarzenia?

    Schowałam twarz w dłoniach, oddychając ciężko.

    Przecież już przez to przeszłam. Zaakceptowałam. Wybaczyłam sobie. Jednak żal przelewający się teraz przez moje ciało mówił coś zupełnie innego.

    Ale… zrobiłam wszystko, by to się nie powtórzyło. Kontrola i opanowanie są moimi sprzymierzeńcami. Odpokutowałam.

    …Prawda?

    Dlaczego więc…

    Serce zamarło mi na moment.

    Znowu to zrobiłam. Znowu zabiłam… kogoś, kogo nazywałam bratem.

    Zanim wpadłam w ciemną czeluść poczucia winy, złapałam się z całych sił resztek kontroli.

    Spuściłam dłonie, które łagodnie spoczęły na moich udach. Spokój wyparł wątpliwości. Stłumił pytania, na które nigdy nie znajdę odpowiedzi.

    Mój brat zginął dawno temu.

    To, co zostało, było jedynie cieniem jego dawnego "ja". Świadomością wyciągniętą z przeszłości i zamkniętą w cyfrowych rozkazach. Trzymanie go przy życiu byłoby torturą – dla niego i każdego, kto go znał.

    Moja rodzina zasługuje, by iść naprzód. By zerwać kotwicę przeszłości.

    Zrobiłam to dla niej. To moja motywacja. To moja intencja.

    Na tym statku jest tylu ludzi, którzy jaśnieją w moim życiu. Tyle samo znajduje się poza nim. Dla nich powinnam robić wszystko, co mogę, nawet jeśli to niewiele. Nie żałować przeszłości i nie roztrząsać decyzji, których już nie cofnę.

    Westchnęłam. Tyle rozsądku, tyle pięknych zdań… a mimo to nie koiły one moich zszarganych emocji. Czy byłam gotowa przyznać przed sobą, że potrzebowałam kogoś u swojego boku?

    Zamyśliłam się. Czasem ścieżka Jedi musi ustąpić drodze mando: działaniu. Może nieco obcemu dla mnie samej, ale kiedy tylko przyszło mi to do głowy poczułam ciepło. W końcu nie mogę oczekiwać, że to zawsze ktoś inny pierwszy wyciągnie dłoń w moją stronę. Może tym razem to powinnam być ja.

    Bo to, że ktoś sobie poradzi nie znaczy, że nie potrzebuje kogoś obok.

    Zawahałam się, a wewnątrz poczułam pulsującą ciekawość bijącą od Kija.

    Tylko… od czego zacząć?  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz