środa, 23 kwietnia 2025

Wolna. - Thessalia Vizsla

Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.


    Ciche echo uderzeń moich palców o biurko roznosiło się głucho po pustym pokoju. Wokół wciąż leżały rozrzucone karty do pazaaka, kawałki szkła i leżący w kącie, przewrócony stół. Nie sądziłam, że bałagan może być przyjemnym widokiem, zwłaszcza gdy bardzo żywo przypomniałam sobie jak powstał.

    Zamrugałam szybko, kiedy znów tego dnia zalała mnie fala emocji. Tak łatwo było mi się teraz rozproszyć. Do perfekcji opanowałam kontrolę, ale to, co działo się w ciągu ostatnich godzin…

    Przejechałam dłonią po lekko spuchniętych wargach. Uśmiechnęłam się, po czym znów przywołałam do porządku własne myśli.

    Jesteś Rycerzem Jedi. Jesteś Mandalorianką. Nie nastolatką w rui.

    Potrzebuję medytacji. Już. Teraz.

    Wyprostowałam się, kładąc przed sobą miecz. Kiedy zamknęłam oczy, odruchowo dotknęłam go dłonią. Skrzywiłam się i spojrzałam na rękojeść.

    W środku tliła się obecność mojego najbliższego towarzysza. Była moja, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Była doskonała. Idealna.

    I miała na sobie niewidzialny podpis Any Kressh i Strażniczki Ścieżek.

    Przez jeden krótki moment poczułam, że jej nie chcę. Palce instynktownie oderwały się od chłodnego beskaru, a ja beznamiętnie wpatrywałam się w leżącą przede mną broń próbując zrozumieć jedno: dlaczego.

    Miecz mający być darem od Przodków. Czymś, co wepchnęło mnie w szeregi Zakonu okazał się być tylko dobrze przemyślaną manipulacją. Niczym więcej.

    Skra, którą każdy z Rycerzy znajduje samodzielnie; która woła odpowiednią osobę do siebie. Stała się jedynie szepnięciem do ucha niezrównoważonego byłego Inkwizytora.

    Noszona przeze mnie zbroja nie została przeze mnie zdobyta. Dała mi ją kobieta, którą całe życie podziwiałam, a która od tak wielu lat zupełnie nie wierzyła w Obyczaj.

     ~Nawet mężczyzna, którego chciałaś, został zmuszony do bycia z tobą. Tak wiele narzucono na jego barki, a ty? Siedzisz tu wygodnie, rozważając jak ogromną ułudą jest twoje życie.~

    Szept dochodzący z mojego wnętrza rozszedł się po każdym nerwie. Twarz wykrzywiła mi się w dzikim grymasie.

    Nie.

    Sięgnęłam myślą do skry, która przywitała mnie łagodnym, uspokajającym ciepłem. Odetchnęłam raz, drugi. Szept umilkł. Umysł stał się bardziej trzeźwy.

    Teraz na powierzchnię wypłynęło inne wspomnienie. Rozmowa z Y’venette na temat tego czym jest wybór. Czy to my go podejmujemy, czy przeznaczenie go nie odbiera. Zastanawiałyśmy się czym jest wolność w obliczy wszechświata.

    Moje usta zadrżały, po czym uszedł z nich cichy śmiech. Dotarł do mnie cały absurd tego, co próbowałam rozważać.

    Przecież ja nigdy nie byłam wolna. Najpierw zakuta w tradycję Mandalorian i Obyczaj. Potem w dziedzictwo Zakonu i Kodeks Jedi. Przez lata dodatkowo sama narzuciłam sobie dziesiątki, jeśli nie setki zasad i ograniczeń.

    Więc dlaczego nagle teraz czuję, że zaczęło mnie to uwierać?

    Znów rozejrzałam się po panującym wokół bałaganie. Myśl, że jakieś decyzje należą do mnie jest… kusząca.

    Czy to dlatego Y’venette wykazywała się tak ogromną inicjatywą w każdym działaniu? By chociaż przez chwilę nie czuć się jak zwierzę zamknięte w klatce oczekiwań i odpowiedzialności?

    Zmarszczyłam brwi. Przecież tym od zawsze jest moje życie. Udowodnieniem, że jestem wystarczająco dobra, by być Jedi i Mandalorianinem. Nigdy nie miałam problemu z wzięciem jakiejkolwiek odpowiedzialności na własne barki. Wszystko to traktowałam jak wyzwanie. I zawsze wychodziłam z tych prób zwycięsko.

    Przecież właśnie wśród wszystkich tych zasad odnalazłam swoją wolność. Obyczaj, Kodeks i dyscyplina dają mi siłę. Kontrolę. Cel.

    Wątpliwości, które mi towarzyszyły nagle stały się obce. Nienależące do mnie, chociaż wciąż tkwiące głęboko wewnątrz umysłu.Podszepty zniknęły

    Zerknęłam na zegarek. Khan raczej nie pojawi się tu w najbliższym czasie. Nadchodząca rozmowa z nim ciążyła mi bardziej niż początkowo myślałam. Zasługuje na to, by wiedzieć, ale powinien mu przekazać to ktoś z odpowiednim wyczuciem. Łagodność mojego taktu można co najwyżej przyrównać do zapachu banthy.

    Wiem, że ojciec mnie oczekiwał, ale to zapewne dopiero po Zborze Klanów. Zupełnie nie brałam pod uwagę możliwości powierzenia mi przez Mandalora funkcji Spamiętywacza. Ale kiedy te słowa padły poczułam się tak… dobrze? Uhonorowana. Dumna. Gotowa.

    Znów wbiłam wzrok w miecz. Złapałam go, uniosłam i włączyłam. Chociaż wpasowywał się idealnie w zagłębienia mojej dłoni, nie leżał w niej tak dobrze, jak wcześniej. Był cięższy. Bardziej nieprzyjemny w dotyku.

    Niebieski blask, który padał na moją skórę sprawiał wrażenie nienaturalnie zimnego. I nagle uderzyła mnie jedna, krótka myśl.

    Ten miecz był zbyt perfekcyjny.

    Ostrza wyłączyły się z charakterystycznym dźwiękiem, a pokój znów zatopił się w ciepłym świetle pochodni.

    Wyciągnęłam komunikator i nastukałam kilka krótkich wiadomości. Nir’she, ojciec i matka, Anakin, Khan. Większość stanowiła zapytanie o dostępność ich terminarzy z prośbą o spotkanie.

    Wstałam powoli, po czym z przyniesionej torby wyciągnęłam okłady chłodzące i leki przeciwbólowe. Położyłam je w widocznym miejscu, po czym z przewrotnym uśmiechem położyłam obok naszywkę z napisem „SŁUŻBA MEDYCZNA”, którą zostawił mi Hoff.

    Wierzyłam całą sobą, że Khan podoła postawionemu przez Shirica wyzwaniu. Dawno nie widziałam go walczącego z taką determinacją. Ale… znam go aż za dobrze, by wiedzieć, że jak tylko skończy trening, będzie myślał tylko o tym, co właśnie mu tu zostawiłam.

    Ni kar'tayli gar darasuum. Mistrzu.

    Zaśmiałam się sama do siebie.

    Jak to powiedział Mandalor? „Do czasu, kiedy nie spełnisz moich warunków, nie posiądziesz jej serca ani ciała”.

    Tak, wuju. Widzisz… Na to pierwsze już trochę za późno.

    Zresztą…

    Uśmiechnęłam się zerkając na rzucone byle jak prześcieradła.

    Na to drugie też.      


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz