Kim jest bohaterka?
Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.
Jadłam napakowany wartościami odżywczymi posiłek o smaku przypominającym mokry karton. Po trzech dniach nieobecności Y’venette w końcu wytłumaczyła mi, dlaczego przez ostatni czas czułam się inaczej niż zwykle.
I wciąż nie wiedziałam, co o tym myśleć.
Od razu otrzymałam mentalny obraz, który mogłam sobie przetłumaczyć jako: „tak, ja ciebie też”. Kącik ust drgnął mi w uśmiechu.
Ta obecność była osobliwa, a równocześnie tak dobra, tak przyjemna… czułam się, jakby wyrósł mi dodatkowy mięsień, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia.
Ale co najdziwniejsze: ten mięsień miał własną wolę.
— Sama jesteś dziwna. Mało elastyczna. Sztywna. I powolna —
Podrapałam się mimowolnie po karku. Trudno było odmówić Kijowi racji, patrząc na umiejętności sióstr Y’ve.
— Mówiłem —
Płynące z niego samozadowolenie było tak namacalne, że zamrugałam zaskoczona.
Kij był inny niż wcześniejszy głos, który mi towarzyszył. Tamten był jak paląca się dżungla. Ten za to przypominał szumiące wodospady Concordii.
Zamknęłam oczy i oparłam czoło o dłonie.
Promieniująca we mnie obecność jaśniała bielą. Miała w sobie coś z Y’ve… a kiedy tylko o niej pomyślałam, zalała mnie fala zaskakującego poruszenia.
Kij, owszem, był darem dla mnie. Ale nie w czystym sensie Mocy. Był kolejną zmianą, którą wprowadziła do mojego życia Y’venette.
Odbudową mojej zdezelowanej umiejętności tworzenia więzi.
A ja… byłam dobrym środowiskiem dla Kija.
Czy można to nazwać symbiozą?
Dostałam wiadomość w postaci dwóch patyków: jeden suchy i porzucony, drugi wyrastający z konara zielonego drzewa.
— Dlaczego nazywasz mnie Kijem? Jestem Badyl —
Niepewna, czy zrozumie zależności metafor języka, skupiłam się na wszystkich wspomnieniach, gdy ktoś użył frazy sugerującej, co mam w tylnej części ciała.
Poczułam zrozumienie i przytaknięcie.
— Tak. Faktycznie pasuje —
Od razu podłapałam jego iskierkę rozbawienia.
Podnosząc kolejną łyżkę do ust, zauważyłam, że spod paznokcia wyrósł niewielki pęd, który owinął mi palec. Zawahałam się.
To było… osobliwe. Nie nieprzyjemne, tylko... dziwne. W jakiś zaskakująco intymne w sposób, którego nie znałam.
Co robisz?
Obraz: dłoń zakryta liśćmi, ciepło. Opieka.
— Czuwam. Żebyś nie zrobiła sobie krzywdy jak miękka gąsienica zjedzona przez wielkiego ptaka —
Uderzyło mnie to bardziej, niż byłam gotowa przyznać. Wyczuwałam w nim… troskę.
Ta więź była bezwarunkowa, chociaż trwała tak krótko. Budowała się nawet wtedy, kiedy nie wiedziałam o jej obecności.
Zawsze wszystko w moim życiu było zdyscyplinowane. Celowe. Tu nie było warunków. Nie było oczekiwań. On chronił mnie, ja chroniłam jego.
Wspólnie ochronimy Y’venette.
To dlatego nie byłeś zadowolony? Bo nie umiem tak po prostu być?
Zamiast odpowiedzi pojawiło się wrażenie: kręgosłup wyginający się w nowy sposób. Nieprzyjemne, ale potrzebne.
Tak. Zmiana boli. Akurat to potrafiłam zrozumieć lepiej niż ktokolwiek.
Zatrzymałam łyżkę w połowie drogi do ust.
Odejdziesz później? Przeszedłeś z Y’ve w moje ciało. Są lepsze możliwości od mojego. Mniej powolne. Mniej słabe.
Milczenie. Cisza. A potem: obraz korzeni wczepionych w glebę, deszczu wsiąkającego w ziemię, liści drgających na wietrze.
Nie odejdzie. Nie musi mówić. On po prostu… jest.
Ciche „hm” wyrwało się z moich ust, ledwo słyszalne. W jednej sekundzie pojęłam, że to nie prezent. Nie dar. Nie “symbioza”.
Nie towarzysz na chwilę. Nie pasożyt. Nie mój pasażer.
To mój partner.
Westchnęłam i dokończyłam kartonowy posiłek.
Dobrze, Kiju. Ale musimy ustalić jedną rzecz.
Promieniująca ciekawość sprawiła, że drgnął mi kącik ust.
Nigdy nie wyrastaj mi z nosa.
Śmiech. Nie dźwięk, ale mentalny błysk radości, jak szelest liści pod stopami wśród dziesiątek kałuż.
I wtedy zrozumiałam, że to naprawdę się zaczęło.
Nie tymczasowy eksperyment. Tylko więź na lata.
Coś…
Zakiełkowało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz