Kim jest bohaterka?
Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.
– Mistrzyni Korr, mogę wejść?
– Oczywiście, Thessalio. – spojrzała na mnie z zadowoleniem, kiedy usiadłam naprzeciwko – Jak zawsze punktualna.
Przytaknęłam jej nieznacznie. Nie rozumiałam, dlaczego to powiedziała. Ja nigdy się nie spóźniam.
– Ostatnio rozważaliśmy różnice między historycznymi etapami Zakonu. – przypomniałam, od razu przechodząc do sedna mojej wizyty.
– Tak. – zacmokała Mistrzyni. Wskazała dłonią przygotowane wcześniej datapady, holokrony, a nawet fizyczne, papierowe manuskrypty. – Masz jakieś przemyślenia po naszej poprzedniej rozmowie?
– Moje zdanie się nie zmieniło. – przyznałam, prostując się. – Uważam, że niektóre zasady Zakonu z czasów Wielkiej Republiki były zasadne.
– Wyrażaj się konkretnie i ściśle, padawanko. – upomniała mnie Seraya. – Używając słów „niektóre” narażasz się na postrzeganie jako ignorantki, a takową nie jesteś.
– Oczywiście, Mistrzyni. – kiwnęłam głową. – Mam na myśli zasadę dotyczącą związków oraz relacji emocjonalnych. Nadal uważam, że mogą one wpływać negatywnie na postawę każdego Rycerza.
– Miałaś przemyśleć argumentację tego stwierdzenia. Udało ci się to w wolnym czasie? – spojrzała na mnie przenikliwie błękitnymi oczami. – Widziałam, że ty i twój mistrz ćwiczyliście ostatnio dość intensywnie.
– Uznałam, że opuściłam się fizycznie i wymagam większej ilości pozorowanej walki. – wyrzuciłam z siebie jednym tchem. Szybko upewniłam się, że moje blokady są szczelne, po czym skupiłam się na konkretnym temacie. – Tak, miałam czas przygotować się do naszej dzisiejszej dyskusji.
– Wspaniale. – powiedziała, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku. – Zatem?
– Emocjonalne przywiązanie powoduje nie tylko rozkojarzenie w codziennej służbie Zakonowi. W dłuższej perspektywie może prowadzić do działań zagrażających misji czy celowi zadania. Nie bez powodu Kodeks wskazuje, że kierujemy się spokojem, harmonią i pogodą ducha, a nie miłością czy namiętnością. Zwłaszcza że…
Przerwałam, widząc uniesiony w górę palec.
– Tak, to już mówiłaś ostatnim razem. – przytaknęła. – Ale teraz wspomniałaś również o miłości. Czy jako Zakon nie kierujemy się miłością do bliźnich? Czyż nie poświęcamy się za nich i dla nich?
– To coś zupełnie innego. – obruszyłam się.
– Tak? Rozwiń.
– Miłość do bliźnich to idea. Coś, co przyświeca naszym działaniom. Tymczasem uczucie skierowane ku jednej osobie może nas otępić. Wpływa bezpośrednio na nasze decyzje i ogląd sytuacji.
– A rodzina? – Mistrzyni Korr sięgnęła po datapad, na którym wyświetlił się Kodeks Mandalorian. – Dla twojej nacji jest niezwykle ważna. Gdzie uplasujesz miłość do niej?
– Mandalorianie rozumieją pojęcie poświęcenia dla dobra sprawy jak nikt inny. – wyrecytowałam sztywno słowa ojca. – Rodzina i klan spełniają określone z góry cele.
– I nie łączy jej miłość?
– Łączą ją zasady. – coraz mniej podobało mi się w jakim kierunku idzie ta rozmowa. Niespokojny nerw zadrżał mi w twarzy.
– Czy Rycerza i daną osobę również nie mogą łączyć jasno wypracowane zasady?
– Oczywiście, że mogą. Ale…
– Czy twój upór w tej kwestii wynika z głębokich przemyśleń, czy z wcześniej ugruntowanej opinii? – Mistrzyni wstała i zaczęła powoli przechadzać się po pokoju. – Pytam, abyśmy wiedziały, czy warto kontynuować ten wątek, czy może pora zmienić temat rozmowy.
– Mam wyrobione zdanie na ten temat, ale wiele myślałam po naszej ostatniej dyskusji. – przyznałam, wodząc za nią wzrokiem. – Nie przeczę, że zostało ze mną to, co sama powiedziałaś, Mistrzyni.
– Tak? – odwróciła się zaskoczona. – A co dokładnie?
– Że jesteśmy tylko istotami śmiertelnymi. Istnieniami, które mają słabości. – sięgnęłam do kieszeni i przewróciłam w palcach wygięty fantazyjnie kawałek drutu. – Uważam, że to doskonale przemawia za zasadą braku emocjonalnych przywiązań.
– Przywiązanie a relacja to dwie różne rzeczy, Thessalio.
– Nie sądzę. – wbiłam wzrok we własne palce, bawiące się bezwładnie metalem. Jedi powinien być świadomy własnych słabości. A jeśli jesteśmy tylko ludźmi, to jak wielu nie będzie potrafiło oddzielić relacji od przywiązania? Gdzie leży granica? – podniosłam głowę, zaskoczona widząc jak bardzo Mistrzyni mi się przygląda. Szybko wsunęłam przedmiot do kieszeni, obiecując sobie, że po wyjściu od razu go wyrzucę. – Jestem zdania, że wiedząc o tym jak niebezpieczne mogą być implikacje, Jedi winien być oddany tylko zasadom, którym ślubował służyć.
– A co, jeśli stanie przed wyborem?
– Wszystko zależy od tego, co wybierze.
___________________________________________________________________
Dźwięk uderzeń młota w mandaloriańskiej kuźni napierał na mnie ze wszystkich stron. Po raz kolejny powoli zaczerpnęłam suchego, zimnego powietrza wypełniającego prowizoryczną zbrojownię i wypuściłam je z sykiem.
Ja jestem z Mocą i Moc jest ze mną.
Czy widziałaś te zdarzenia, Strażniczko Ścieżek? Dlatego powiedziałaś Y’ve o zbroi?
Znowu odetchnęłam.
A czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
Nie.
Leżąca przede mną skra promieniowała spokojem. Jej aura wibrowała we mnie, jakby próbowała stać się moim drogowskazem i siłą. Tak, jak zawsze.
Przez chwilę poczułam, że nie jestem tego godna.
___________________________________________________________________
– Thess, orientuj się!
Momentalnie wyciągnęłam dłoń, łapiąc rzucone w moją głowę jabłko. Powoli uniosłam wzrok znad datapadu. Uśmiechnięty od ucha do ucha Dorn tylko przewrócił oczami.
– Oj, nic nie mów. Przecież wiedziałem, że je złapiesz. – usiadł obok, zdecydowanie zbyt blisko jak na mój gust. – Słyszałaś, że Tyrwin i Darlina skończyli szkolenie?
– Kim jest Tyrwin i Darlina? – zapytałam beznamiętnie. Kiedy nie usłyszałam odpowiedzi, odłożyłam datapad z ciężkim westchnieniem. – Podejrzewam, że nie przyszedłeś zarzucić mnie informacjami, które nic mi nie dają. Więc o co chodzi?
Cierpliwie obserwowałam jak z chłopak z zakłopotaniem przesuwa ręką karku. Zawsze, kiedy chciał porozmawiać zaczynał od błahostek, byleby nie przejść zbyt szybko do sedna.
– Nie mówiłaś, że opuszczasz Yavin. – wypalił. W jego głosie zabrzmiała nutka wyrzutu.
– Bo to rutynowy wylot, wrócimy z Mistrzem w przeciągu trzech, może czterech miesięcy. – wskazałam datapad. – Przeszkodziłeś mi właśnie w studiowaniu tamtejszej dyplomacji.
– Thess… a jak ci się coś tam stanie?
Zamrugałam.
– Słucham?
– Wiesz, zupełnie całkowicie przypadkiem…
– Podsłuchiwałeś.
– Podsłuchiwałem. – przytaknął bez cienia wstydu. – Nathaniel mówił, że może lepiej byłoby wysłać dwóch Mistrzów, bo wszystko stoi na skraju wojny domowej. To nie są byle jakie negocjacje handlowe. Tam naprawdę może zrobić się gorąco.
– Nie rozumiem do czego zmierzasz. – powiedziałam chłodno. – Otrzymaliśmy zadanie do wykonania. Jeśli negocjacje skończą się szybciej niż przewidujemy, zrobimy wszystko, żeby ochronić cywilów. Tak postępuje Jedi. A teraz wybacz, muszę zanieść rzeczy na statek.
Przytrzymał mnie za ramię, gdy chciałam wstać. Na jego twarzy malowało się zawstydzenie, a ciało spięło się w stresie. Uniosłam brew.
– Thess, uważaj na siebie, dobrze? Nie chcę się z tobą żegnać.
– Rhalu Dornie. – uniosłam głowę. – Takie zachowanie nie przystoi Jedi. Nie mówiąc już o tym, że obrażasz mnie zarówno jako padawankę, jak i Mandaloriankę. Powinieneś przypomnieć sobie granice naszej znajomości. – spojrzałam na jego dłoń wciąż trzymającą moje ramię. Cofnął ją natychmiast. – I przypominam ci, że jako Jedi nie stać nas na coś tak błahego jak żal czy pożegnania.
– Ty mówisz poważnie? – zmarszczył brwi. – Oczywiście, że tak. Panna Thessalia Vizsla nigdy nie odpuszcza kija z…
– Jeśli chcesz mnie obrażać, to przynajmniej spójrz mi w twarz.
Hardo uniósł wzrok i widziałam w jego oczach podjętą decyzję.
Nie. Nie rób tego.
– Czuję coś do ciebie, Thess. – powiedział cicho, wpatrując się we mnie. – Naprawdę. Myślę, że ty też nie jesteś wobec mnie obojętna. Dlaczego chociaż na chwilę nie możesz dopuścić do siebie myśli, że to nic złego?
Oddech ugrzązł mi w piersi.
– Jestem J…
– Skończ to gadanie o Jedi i Mando! – złapał mnie za obie dłonie i ścisnął lekko. – Jesteś człowiekiem, Thess. Nie musisz wiecznie być sama. Nie wiem czy się boisz, czy ktoś cię skrzywdził. Nawet jeśli to będzie błąd, to…
Urwał, kiedy zabrałam ręce. Spojrzał na mnie raz jeszcze smutno po czym pokręcił głową. Odsunął się na krok, zaplótł dłonie za plecami i skłonił się głęboko.
– Wybacz, szanowna Thessalio Ovvu z klanu Vizsla. Bezpiecznej podróży.
I odszedł. Bez słowa więcej.
A moje dłonie, które jeszcze chwilę temu trzymał, piekły pustką.
___________________________________________________________________
Wyciągnęłam rękę, która spoczęła na rękojeści miecza. Palce wyczuły chłód beskaru, a chropowate nierówności powierzchni sprawiły, że momentalnie się skrzywiłam.
Przerobiłam ten miecz z bardzo konkretnego powodu. Miał mi przypominać, że… że nie jestem idealna.
Jestem tylko człowiekiem.
Przed oczami stanęła mi bladobłękitna postać babki. Wydawała się tak spełniona. Jakby nareszcie mogła odetchnąć pełną piersią.
Jak ktoś, kto nigdy nie wierzył w Obyczaj, wciąż mógł być najwspanialszą Mandalorianką, jaką widziała Galaktyka?
Uśmiechnęłam się mimowolnie. Przecież to wiedziałam. Sama mi powiedziała.
Bo wszystko, absolutnie wszystko, robiła dla ludzi, których kochała.
Sięgnęłam ku skrze, która wydawała się odetchnąć z ulgą, kiedy przyłączyłam się do jej spokoju. Powoli, minuta po minucie, zlałyśmy się w jedno.
Nie ogarniała mnie chęć zemsty, nienawiść ani złość. Nie było we mnie nawet cienia żalu.
Spłynęła na mnie czysta akceptacja.
Nie zachowałam się zgodnie z Kodeksem Jedi. Powinnam była od razu powiedzieć Dharanowi, że musimy odlatywać. I był to błąd.
Nie zachowałam się zgodnie z Obyczajem. Powinnam oddać babce jej poświęcenie i walkę, zamiast próbować przeszkodzić jej w śmierci w bitewnej chwale. I to też był błąd.
Nie ma przypadków.
Nie ma śmierci.
Jest tylko Moc.
A ja jestem z Mocą. I Ona jest ze mną.
Wstałam powoli. Całe życie wydawało mi się, że Jedi i Mandalorianie mają wiele wspólnych cech, które świadczą o ich sile. Zapomniałam, że to samo dotyczy słabości.
Będę popełniać błędy. To nieuniknione.
Ale wszystko zależy od tego, co wybiorę.
Wychodząc z zimnego, odosobnionego pomieszczenia, skierowałam wzrok na miejsce pełne zwłok. Zamknęłam oczy i po cichu zmówiłam modlitwę do Przodków, która uleciała wraz z łagodnym tchnieniem wiatru.
Weszłam na Walkirię otwartym lukiem w hangarze. Szybko znalazłam szaty Zakonu, po czym zaczęłam zdejmować uszkodzoną zbroję, metodycznie odkładając jej kawałki do skrzyni zabranej ze statku Porzuconego.
Ubrałam szaty, na które nałożyłam jeden po drugim nadające się do czegokolwiek fragmenty zbroi. Nie było ich wiele, ale to nic. Reszta spełniła już swoje zadanie.
Do pasa, tuż obok miecza świetlnego, przypięłam drugie ostrze. Mandaloriańskie.
Chłód farby na palcach wydawał się odświeżający, kiedy przejechałam nią po ręce, od ramienia po dłoń, zostawiając dwie wyraźne, jadowicie żółte linie. Kiwnęłam głową, usatysfakcjonowana. Wystarczy.
Zeskoczyłam ze statku na piaszczystą, pozbawioną nadziei powierzchnię planety. Powietrze pachniało inaczej niż wcześniej.
Pachniało końcem. Naszym albo ich.
Podeszłam do murów, kiwając głową napotkanym żołnierzom, piratom, cywilom. Po dwóch dniach walki ciężko było rozpoznać kto jest kim.
Horyzont wciąż był ciemny, co jakiś czas rozświetlany jedynie salwą z turbolaserów.
Usiadłam w typowej dla siebie pozycji medytacyjnej, kładąc przed sobą miecz i zamykając oczy. W skupieniu pozwoliłam Mocy krążyć w całym ciele, wzmacniając się przed nadchodzącą bitwą.
A wokół panował spokój.
Cisza, którą już niedługo miała rozerwać na strzępy burza krwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz