Kim jest bohaterka?
Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.
Odprowadziłam wzrokiem Y’ve i Dharana, których sylwetki rozpłynęły się w półmroku korytarza. Pozwoliłam sobie na lekki uśmiech: to był ważny dzień dla nich obojga. Nie w kontekście kolejnych bitew czy walk, ale ich wspólnego życia. Dobrze było widzieć, że Y’ve przyjmowana była już niemal jak rodzina przez najbliższych Dharana.
Zasłużyła na to. Zasłużyła na szczęście.
Drzwi zajmowanego przeze mnie pokoju otworzyły się z cichym sykiem. Kiedy weszłam do środka, barki mimowolnie mi opadły, a zaciśnięte dłonie rozluźniły się.
To był długi dzień. A jeszcze się nie skończył.
Podeszłam do okna, za którym rozciągała się nocna panorama Coruscant. Trudno było nie być pod wrażeniem: tysiące świateł, smugi speederów, budynki tak wysokie, że ich podstaw nie sposób było dostrzec. Miasto bez snu. Miasto, które nigdy się nie zatrzymuje. Wiecznie pędzące do przodu, nigdy nie oglądające się za siebie.
A więc tu dorastałeś, Khan.
Oparłam czoło o chłodne szkło i zamknęłam oczy. Nie zdawałam sobie sprawy, że tak mało o tobie wiem. Może to właśnie nas łączyło: niechęć do własnej przeszłości. Nie zadawałeś pytań. Ja też nie. Może takiego spokoju potrzebowaliśmy.
Może właśnie takiego bezpieczeństwa potrzebowaliśmy.
Z zamyślenia wyrwał mnie naglący dźwięk datapadu. Z westchnieniem sięgnęłam po urządzenie i zamarłam.
Coraz szybsze bicie serca wyznaczało mi rytm, z którym prześlizgiwałam się po tekście czytając go raz, drugi. I kolejny, zatrzymując się na ostatnich zdaniach wykreślonych przez Khana.
Jego słowa były jak dotyk. Znajome, ciepłe, bliskie.
Poczułam się tak, jakby był obok. Jakby zaglądał mi przez ramię, czekając na reakcję. Przez moment było to tak namacalne, że otworzyłam usta i odwróciłam się chcąc mu odpowiedzieć. Zganiłam się w myśli za taką głupotę.
Wróciłam do okna, wyobrażając sobie gwiazdy nad sobą. Ile razy oboje patrzyliśmy w to samo niebo, myśląc podobnie, Mistrzu?
Spuściłam wzrok i znieruchomiałam. Kobieta w szybie zrobiła to samo. Zmarszczyłam brwi, a odbicie zawtórowało mi zgodnie.
Nie poznawałam go.
Schludnie spięte włosy, makijaż uwydatniający każdą zaletę, a ukrywający każdy mankament. Podniosłam rękaw, wycierając strugi złota i czerni o szatę. Drugą dłonią wyciągnęłam tkwiące głęboko we włosach szpilki, uwalniając niesforne kosmyki.
Spojrzałam jeszcze raz. I wtedy to do mnie dotarło: nie chodziło o makijaż.
Chodziło o oczy.
Nie spokojne i zdystansowane. Nie zimne i patrzące na świat z obojętnością.
Były lekko wilgotne, nieco zmęczone. Emanujące ciepłem, troską...
I przeraźliwie ogromną tęsknotą.
Poczułam płynące od Badyla pocieszenie. Opadające liście, które rosną na nowo. Wszystko w końcu wróci. Wszystko znajdzie swój porządek.
Nie prosiłam o to, ale wdzięczność pojawiła się od razu. Przez chwilę poczułam się lepiej. Mniej… samotna.
Odłożyłam datapad, po czym szybko wyplątałam się z szat. Prysznic otrzeźwił umysł i pozwolił poukładać wydarzenia dnia. Krok po kroku dojrzewałam do tego, co wisiało mi nad głową dłuższy czas.
Odświeżona, nalałam kieliszek wina i odetchnęłam głęboko. Po całym dniu w obcym miejscu, wśród nowych twarzy i problemów, nareszcie poczułam się sobą. Krople wilgoci perliły się na szkle, gdy odstawiłam go na stół.
Nie, Khanowi na pewno nie chodziło o taką pomoc w myśleniu. Uznałby to za marnowanie dobrego alkoholu. Ale sam zapach cierpkiego trunku dawał mi złudne poczucie, że wcale nie dzieli nas cała galaktyka wraz z wrogą armią pośrodku.
Po kolei.
Wzięłam datapad. Znów zawiesiłam wzrok na niedawnej wiadomości, zastanawiając się co powinnam odpisać. Najchętniej opisałabym każdą spędzoną na Coruscant minutę. Powiedziała mu, że nowy sposób podróży międzygwiezdnych jest wspaniały, jakby napierająca ciemność otulała moje wątpliwości pozwalając lepiej spać. Zrugałabym go, że ma złe przeczucia co do stanu czekającej na planecie Nir’she, mówiąc jednocześnie, jak ciężko mi z tym, że nie mogę po nią polecieć sama tak jak prosiła. Chciałabym, żeby wiedział, jak bardzo w niego wierzę.
Uniosłam palce i zaczęłam pisać. Krótko.
Zrób to, co musisz. Zabierz Nir’she do domu.
A potem wróć do mnie i nie traćmy już czasu.
Myślę o Tobie częściej, niż pozwala na to rozsądek. Zawsze tak było.
Więc wróć. Do mnie.
I dla mnie.
Uderzyłam przycisk „wyślij” i odłożyłam datapad. Ulga była nagła i głęboka, jak po głębokiej medytacji. Jakbym nie tylko napisała, ale wykrzyczała to, co dusiłam w sobie zbyt długo.
Teraz trudniejsze zadanie.
Uklękłam na ziemi, kładąc przed sobą miecz. Tym razem jednak nie zamknęłam oczu. Sięgnęłam przed siebie i postawiłam lustro. Odbicie wpatrzyło się we mnie, a ja w nie.
Czas obedrzeć się ze złudzeń.
Po rozmowie z Lukiem zaczęłam zastanawiać się, jak wiele z moich decyzji mogłoby stanowić teoretyczny dylemat moralny. Zapewne każda. Nigdy jednak nie podjęłam żadnych starań, by to rozważyć, co Seraya uznałaby za olbrzymi błąd.
Lepiej późno niż wcale.
Cofnęłam się myślami do Yavinu, kiedy planowano zasadzkę na moją babkę. Jak cała mokra od krwi patrzyłam, jak ta odbiera życia rozbrojonym najemnikom.
Przypomniałam sobie dokładnie krzyki istot na martwej planecie, kiedy użyłam Mocy, by pozbyć się części zagrożenia ze strony armii Yuuzhan.
Przez chwilę znów stałam nad ciałem Dorna, podejmując decyzję, że zabije tego, który mu to zrobił.
A potem… Trzymałam fiolkę z życiem własnego brata w dłoni.
Sekunda po sekundzie, minuta po minucie, łamałam się wewnątrz, analizując każde z tych wydarzeń i dziesiątki innych, którymi wcześniej nie zaprzątałam sobie nawet głowy.
Każde z nich obdzierałam z tego, co JA uważałam za słuszne. Co JA uważałam za konieczne. Chciałam doświadczyć każdego z tych wyborów.
Odsłonić je. Odsączyć z usprawiedliwień. Przez chwilę wyciszyć własne zasady i moralność. Spojrzeć obiektywnie przez pryzmat Kodeksu Jedi. Zderzyć je z Obyczajem. I dopiero potem z moim własnym osądem.
Twardo patrzyłam w odbicie własnych oczu, pomimo agonalnego bólu, który rozchodził się po każdej części ciała. Siatka konsekwencji rosła w szybkim tempie. Mimowolnie sięgnęłam ku skrze, mocno zaciskając rękojeść miecza w dłoni.
„Cierpiałaś tak, jak ona. Dlatego ją przy tobie zostawiłem”.
Kryształ drgał lekko. Czuł mnie.
Odetchnęłam głęboko, przypominając sobie, dlaczego to robię.
Uciekałam przed własnymi demonami przez większość życia. Nie pozwolę by to się powtórzyło. Spojrzę im prosto w twarz. Nawet, jeśli oczy tych demonów wyglądają jak moje własne.
Nigdy więcej nie będę zasłaniać się koniecznością: „bo tak było trzeba”. To, co zrobiłam lub czego nie zrobiłam, jest nieodwracalne. I akceptuje swoje działanie z pełnią ich konsekwencji. Nawet jeśli nie stawia mnie ono w dobrym świetle.
Wszystkie decyzje, nawet te, które uważam za słuszne, powinny pozostawiać jakiś ślad.
Rozluźniłam dłonie. Palce przejechały po nierównych rzeźbieniach beskaru.
Możliwe, że to ja byłam przyczyną makabrycznych wydarzeń podczas pierwszych Prób. Kiedyś myśl o własnej winie nie dawałaby mi spokoju. Teraz jednak powoli, po tylu latach, przychodziła akceptacja. Nie dlatego, że zrzuciłam winę na kogoś lub coś innego.
Dlatego, bo w końcu jestem silna na tyle, by dopuścić do siebie tę możliwość i nie załamać się pod jej ciężarem.
Nie jesteś idealna, Thessalio. Przyzwyczajam się do tej myśli, ale wciąż brzmi obco.
Skoro tak… to kim chcę być?
Nie zbawczynią. Nie egzekutorką.
Odpowiedziałam już sobie na to pytanie. Chcę być tarczą. Opoką. Podporą.
Chcę być godna bycia Spamiętywaczem. Godna bycia Rycerzem.
A przede wszystkim godna spojrzenia na siebie bez rozpamiętywania przeszłości czy wątpliwości prowadzących donikąd.
Chcę żyć w zgodzie ze sobą. Nie żałować. Nie zawieść siebie i innych podkładających we mnie wiarę. Dlatego teraz przejdę przez wszystko, co dla mnie trudne. I zamknę to za sobą bez goryczy, niechęci. Bez ucieczki.
Za to ze zrozumieniem własnych emocji, zasad, motywacji oraz błędów.
I akceptacją.
Błękitne oczy w lustrze wpatrywały się we mnie oceniająco.
A ja, mimo bólu, nie odwróciłam wzroku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz