niedziela, 18 stycznia 2026

Epilog - Thessalia Vizsla

  Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. 


    Przygotowania na Quen się skończyły. Zewsząd czułam energię życiową dziesiątek zaproszonych na uroczystość osób. Jednak tej jednej, którą chciałam poczuć, nie było wśród nich. 

    Matka niedawno wyszła. Pomogła mi ubrać się zgodnie z mandaloriańską tradycją. Opowiadała, że to samo zrobiły dla niej babka Nir’she i Miefe. Mówiła, że tamten dzień pędził jak szalony, a największą niespodziankę sprawiła jej obecność Nathaniela. Pierwszy mandalorianski ślub, na którym był ktoś z Jedi, a teraz odbędzie się pierwszy ślub z kimś z Zakonu. Nie mogła ukryć lśniących w oczach łez. Dużo się do niej uśmiechałam, kiedy mówiła bez przerwy, bardziej nerwowa całym wydarzeniem niż ja.

    Nie wspomniała ani razu, że nie jestem już mile widziana na dworze Mandalora. Nie próbowała usprawiedliwić Ojca, który nie pojawił się na wczorajszej kolacji po naszym przybyciu. Nie skomentowała, kiedy przekazałam swoją zbroję na znajdy, zostawiając jedynie naramiennik otrzymany po Próbach.

    Chciała być tu i teraz, cieszyć się ze zwykłego przebywania z córką zanim znów nadejdą ciężkie czasy. Uznałam, że jej się to należy. Więc dałam jej wszystko, co tylko mogłam: siebie. 

    Kiedy przypasałam miecz świetlny obok rytualnego noża, uśmiechnęła się tajemniczo i chyba zobaczyłam w jej oczach błysk dumy. To dało mi więcej niż mogła podejrzewać. 

    Teraz stałam samotnie, wpatrując się w swoje odbicie w obramowanym złotem lustrze. Kiedyś ciężko patrzyło mi się we własne oczy… wydawało się to mieć miejsce eony temu.

    Nowe życie. Nowy początek. Wspólny, nie samotny.

    Zamknęłam oczy i skupiłam się na płynącej wokół Mocy. Jasna obecność wewnątrz mnie promieniowała zapraszająco. Uśmiechnęłam się lekko. Po każdej głębokiej medytacji z Badylem oboje czuliśmy, że zaszycie mojej rany zbliża się wielkimi krokami. Wczoraj dokonaliśmy kolejnego przełomu. Nic dziwnego, że czekał na powtórkę.

    Uniosłam powieki i znieruchomiałam, widząc nad swoim ramieniem poważną twarz Miecza Mandalora. Ojciec mierzył mnie wzrokiem, z którego nie można nic wyczytać. Zawsze był mistrzem tej pustki. Przez lata myślałam, że to chłód. Teraz wiedziałam, że to zbroja.

    Odwróciłam się, nie chcąc wykonać żadnego gestu bądź ruchu, który mógłby pogorszyć moją sytuację. Ale…

    Czy chciałam w przyszłości żałować bierności?

    Nie.

    Zeskoczyłam z podestu i szybkim krokiem podeszłam do Ojca. Uniósł ostrzegawczo brew. A ja objęłam go z całych sił, czując jak każdy jego mięsień tężeje pod moim dotykiem.

    Złapał mnie za ramiona i odsunął od siebie. Patrzył na mnie zimno. Niewzruszenie. Jedyne co mogłam zrobić to nie pozwolić sobie na opuszczenie wzroku.

    Po czym tak szybko, że nie zdążyłam zareagować, przesunął dłoń na mój kark i zetknął moje czoło ze swoim.

    – Żyj dobrze, córko.

    Zrobił krok do tyłu, kiwnął krótko głową i wyszedł, zostawiając mnie w ciszy.

    To był ostatni raz, kiedy go widziałam. 


***

    „3 piętro, zaplecze kuchenne. Przyjdź sam.”

    Nie czułam się dobrze zostawiając męża i działając na przekór tradycji. Powinnam być tam teraz z nim i bardzo dobitnie pokazywać wszystko, czego nauczyła mnie Nir’she w związku z nocą poślubną. 

    Ale Khan rozumiał. A ja musiałam się dowiedzieć.

    Stałam więc w cieniu między buczącymi lodówkami zamiast uwodzić go w jedwabnej pościeli. Po chwili drzwi otworzyły się, a Moc ucichła. 

    – Khan. – wysyczał Dharan w ciemność – Jeśli teraz mam ci tłumaczyć jak to działa, to…

    – Spokojnie, sama mu to wyjaśnię. – zapaliłam niewielką latarkę, wychodząc mu naprzeciw. – Może mogłam napisać ze swojego komunikatora, ale uznałam, że byś się wykręcał. 

    Wyrównałam oddech. Kłębiący się we mnie spokój był jak chłodna mgła w letni poranek. Skupienie przyszło samo, bez wysiłku.

    – Thess! – ściszył głos i upewnił się, że drzwi są zamknięte. – Po pierwsze to jak ktoś nas tu zobaczy… – zmarszczył czoło i spojrzał na mnie. – Czemu miałbym się wykręcać?

    – Bo chcę cię o coś zapytać. – utkwiłam wzrok w jego oczach. – Czy… czy Y’ve się z tobą kontaktowała? Czy wszystko u niej dobrze? Jeśli wiesz cokolwiek to…

    – Na Moc… – przerwał mi i pokręcił głową. – Mówiłem ci to tyle razy. Ostatnio rozmawiałem z nią chwilę przed skokiem Yuuzhan. Dlaczego rozdrapujesz moje rany, Thess? Nie tylko ty coś wtedy straciłaś.

    Patrzyłam na niego ze spokojem i cierpliwością.

    Dharan mógł okłamywać każdego. Ale nie kogoś, kto tygodniami uczył przełamywać się jego bariery. A w dodatku na pamięć znał jego mimikę, głos i sposób bycia.

    Chociaż… wciąż nie byłam pewna. 

    „Powiedz jej, że tęsknię. Powiedz, że jestem dumna. Powiedz, że życzę jej, by była szczęśliwa. Że zawsze jej pomogę, że zawsze znajdzie u mnie miejsce. Powiedz jej, że dziękuję, że była i jest. I że…”

    – Masz rację. – opuściłam głowę, zawstydzona swoim uporem. Tak. Nie tylko ja ją straciłam. – Nie powinnam. Po prostu… dzisiejsze emocje są silniejsze niż się spodziewałam. Pomyślałam, że… tak, to było nieodpowiednie. Nie będę już poruszać tego tematu.

    Zapadła cisza, podczas której czułam jak kruszą się mury. 

    – Thess… przykro mi. – wyczuwalna szczerość w jego głosie sprawiła, że podniosłam wzrok. – Ona… na pewno chciałaby, żebyś wiedziała, że też cię kocha. I żebyś żyła dalej robiąc co wszystko, co robisz najlepiej. 

    – Dziękuję. – gardło mimowolnie mi się ścisnęło, co skontrowałam głębokim oddechem. – Nie będę cię zatrzymywać, zabawa pewnie się zaczęła, a ja… cóż, muszę wracać do mojego męża.

    Weszłam do przydzielonego nam pokoju widocznie drżąc. Siedzący na skraju łóżka Khan poderwał się i podał mi kieliszek wypełniony bursztynową cieczą. Kątem oka na stole zobaczyłam odkorkowaną butelkę opakowaną w symbole Dominium Quen. Czekał specjalnie na mnie, żebyśmy spróbowali prezentu od Any razem. 

    – I jak? – zapytał niepewnie, lustrując mnie wzrokiem. 

    – Wszystko… dobrze. – uśmiechnęłam się i stuknęłam swoim szkłem o jego. Ten wieczór miał być nasz. Nareszcie tylko nasz.

    A moje potargane serce w końcu poczuło się całe, bo jedyną osobą w Galaktyce, która znała moje ostatnie słowa do Y’ve… była Y’venette.


***

Nikt nie był w stanie wyleczyć ran Kaidy. Jej ciało nie współpracowało z Mocą. Wyglądało to raczej jakby wręcz się jej przeciwstawiała. Badyl był sfrustrowany, ale wyjaśniłam mu, że zawsze może tu wrócić i spróbować znów, kiedy będzie w nowej formie. Chętnie mu też wtedy pomogę. Gdybyśmy udali się wspólnie na Kashyyyk i skontaktowali z Klanem mogłoby się udać. Do tego czasu zdobędę więcej informacji. To nieco go uspokoiło.

Kiedy tylko wymieniłam imię dziewczyny, Anakin od razu mi przerwał. Znał sytuację. Pomoże jej w Próbach.

No tak. Y’ve, oczywiście. Chociaż niosła na barkach cały świat, nie traciła czasu, by dopilnować realizacji danej obietnicy.

Matka zajęła się nowymi protezami. Nie pytała skąd mam kortozjum. Po prostu zaczęła działać.


***

    Ciężki, męski oddech wyrwał mnie z lekkiego snu. Poczułam jak odrzucone okrycie uderza moje ramię, by po chwili usłyszeć dźwięk otwieranych drzwi balkonowych. 

    Powoli dźwignęłam się z łóżka, zarzucając na siebie koc. Nocna panorama Concordii nie była tak imponująca jak Coruscant, ale ostry szum wodospadów miał w sobie coś niezastąpionego. Ostatnio byłam tu przed wyprawą na Mandalor. Teraz posiadłość rodzinna była jeszcze bardziej opustoszała.

    – Znów masz te sny? – położyłam rękę na rozdygotanym ramieniu Khana. Pokiwał głową, a ja bez słowa wtuliłam się w jego bok. Kiedy miarowo przejeżdżał dłonią po moich plecach, czułam jak jego serce wraca do normy.

    – Zmarzniesz. – powiedział po chwili, patrząc na mnie z naganą, po czym westchnął krótko. – Wybacz, że cię obudziłem. Potrzebujesz teraz odpoczynku, a ja…

    – Wszystko jest w porządku. – owinęłam się ciaśniej kocem. – Kiedyś to ja budziłam cię koszmarami, pamiętasz? – położyłam mu dłoń na policzku, żeby nie mógł odwrócić wzroku. – To minie. Możemy zacząć medytację, jeśli chcesz. 

    – Dziękuję. – położył rękę na mojej dłoni, żebym nie mogła jej zabrać. – Jak się czujesz, Thess?

    Nie odpowiedziałam. Zamiast tego przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Raz. Drugi.

    A wtedy poczułam ból. Zignorowałam pierwsze szarpnięcie, zdarzało się już wcześniej. Ale drugie było tak intensywne, że syknęłam i zgięłam się w pół.

    – Thess? – dotarł do mnie jego zaniepokojony głos. – To już?

    – Chyba… – wydukałam przez zaciśnięte zęby, oddychając głęboko kiedy skurcz odpuścił. – Chyba twoja córka ma już dość siedzenia w jednym miejscu.

    – Czy mam coś… co mam… co teraz?!

    Na widok jego spanikowanej miny ucieszyłam się jeszcze bardziej, że przyjęłam zaproszenie na Concordię. Poczułam Moc, sięgając do świadomości, której teraz potrzebowałam. Z ulgą zobaczyłam, że Matka zbliża się szybko, niemal mentalnie krzycząc w moją stronę, że zaraz tu będzie. 

    – Tak. – podniosłam wzrok na Khana. – Idź do Dharana. To ostatni moment przed Próbami żebyś go złapał.

    – I…

    Przez drzwi właśnie wpadł huragan. Trzeba przyznać, że bywało momenty kiedy całkowicie rozumiałam dlaczego moja Matka budziła postrach w niektórych kręgach. 

    – Wypad. – rzuciła krótko do Khana, który zrobił tylko wielkie oczy. – No co się patrzysz?! Ty już miałeś swój czas, teraz moja kolej! 

    – Poradzimy sobie. – ścisnęłam dłoń Khana. – Idź!

    Pokiwał głową, pocałował mnie w czoło i wyszedł, chociaż czułam, że częścią siebie został ze mną i małą Nir’she.

    – Mamo?

    – Nie ma czasu, chodź. – złapała mnie pod rękę chociaż głową sięgała mi ledwie talii. 

    – Na pewno jej nie widziałaś? – wyrzuciłam przez zaciśnięte zęby, kiedy uderzył kolejny skurcz. Nadzieja przebiła się jednak przez fale bólu. 

    – Nie, kochanie. – westchnęła i przeprowadziła mnie pewnie do skrzydła medycznego.

***

Skończyłam. W pełni opracowany i spisany zbiór dotyczący historii mandalorian oraz Obyczaju. Matka, Jasira i Erro otrzymali swoje kopie.

Jako twórców wypisałam wszystkich, którzy pomogli mi stworzyć kompendium. Będzie przewodnikiem dla wszystkich, chcących iść Drogą.

Pierwsze imię spośród kilku brzmiało Rhaic z klanu Vizsla.


***

    Coruscant pachniało jak zwykle: pośpiechem. Wokół siebie czułam jedynie oczekiwanie. Nie miał z tym jednak nic wspólnego zapierający dech w piersiach widok z wysokiej wieży na majaczący w oddali budynek Senatu. 

    Spokój tworzyli ludzie zbierający się w sporej sali. 

    Wpatrywałam się na stojących w półokręgu Jedi. Patrzyli na mnie z serdecznością i szacunkiem, co mimowolnie sprawiło, że poczułam wewnętrzne ciepło.

    Siedzący pośrodku Mistrz Luke uśmiechnął się do mnie.

    Miejsce obok niego było puste. Miejsce, które przy każdej ważnej dla mnie w Zakonie okoliczności zajmował Khan. 

    – W uznaniu twojej mądrości… – zaczął Luke – …i twych zasług, także przywróceniu porządku w Republice i odsunięcia największej groźby jaka kiedykolwiek wisiała nad nami… Nadajemy ci tytuł Mistrza.

    Skłoniłam się głęboko przed wszystkim.

    – Przyjmuję ten zaszczyt, niosąc głos i ideały Zakonu w każdym miejscu, które będzie tego potrzebować. Przyrzekam kierować się rozsądkiem i prawdą, w imię pokoju i jasności.

    Już po krótkiej chwili każdy z obecnych podszedł, by poklepać mnie po plecach i życzyć powodzenia. Od wielu przyjęłam mocny uścisk, dziesiątki uśmiechów i gratulacji.

    – Doszły mnie słuchy, że niedługo otrzymasz nowego ucznia. – usłyszałam za sobą. Anakin patrzył na mnie z przekrzywioną głową. - Mistrzyni Thessalia powraca… czy Galaktyka jest na to gotowa?

    – Jak zawsze w punkt, Mistrzu Anakinie. - uścisnęłam go serdecznie. 

    – Co do Mistrzów, to gdzie…

    Drzwi sali otworzyły się z hukiem. Potargany Khan wpadł do środka, a czerwona buzia siedzącej mu na ramionach małej dziewczynki była rozpromieniona radością. 

    – Szybciej, szybciej, patataj!

    – Spóźniłem się? – wydyszał, na co wszyscy w sali roześmiali się szczerze. Maleńki chłopiec w ramionach Khana mlasnął z niezadowoleniem, kiedy obudził go tak głośny dźwięk. 

    – Tak. – zaśmiałam się i wyciągnęłam ręce, by przejąć synka. Wtulił się we mnie usatysfakcjonowany. – Miałeś zostawić ich…

    – Nadzwyczajne posiedzenie Senatu. – skrzywił się, kiedy Nir’she szarpnęła go za włosy. – A Han zaproponował, że wsadzi ją za stery, żeby nie powtarzała błędów ojca. Więc sama rozumiesz.

    – A gdzie Ashar? – zmarszczyłam brwi zaniepokojona. 

    – Umówił się dziś z kimś. Nie chciałem psuć mu planów opieką nad rodzeństwem. Wiesz, jeszcze pamiętam jak to jest mieć trzynaście lat, chociaż było to w prehistorycznych czasach. 

    – Wujek Ani! - krzyknęła dziewczynka, wyciągając ręce w kierunku Anakina. – Pew pew pew! 

    – Ale strzelacie tylko na ogłuszaniu, tak? – Khan spojrzał na niego pytająco, kiedy z zadowoleniem przejął Nir’she.

    – Taaaak. – skłamał Anakin, uciekając z moją córką w drugi kąt sali. Uśmiechnęłam się kręcąc głową. 

    – Thess, rozmawiałaś już z Lukiem? – zapytał Khan, próbując doprowadzić się do ładu. 

    – Nie. – westchnęłam. – Nie rozmyśliłam się. Po prostu myśl o roku bez was…

    – Mówiłem ci: weź nas ze sobą. 

    – A ja mówiłam tobie, że to nie jest dobry pomysł. Ona dopiero się odbudowuje. Chcę stworzyć z nią relację, naprawić co się da. Nie mogę ot tak stawiać jej przed oczami życia, o którym obie marzyłyśmy.

    – No dobrze. – westchnął. – Ale mogłabyś częściej mówić, że o mnie marzyłaś. – uśmiechnął się chytrze. 

    – Thessalio, wydaje mi się, że jeszcze nie miałem okazji poznać waszego syna. – Jerro podszedł do nas wystudiowanym krokiem. 

    – Proszę. – włożyłam mu w ręce chłopca. – To Gregor. 

    Widok skonsternowanej miny Jedi trzymającego malucha na wyciągniętych rękach była zabawna, ale nie miałam czasu się tym rozkoszować. Zręcznie go wyminęłam i podeszłam do patrzącego na Coruscant Luke’a. 

    – Mistrzu. 

    – Mistrzyni. 

    Uśmiechnęliśmy się do siebie. Wojna naprawdę zostawiła na nim głębokie ślady widoczne nawet teraz. 

    – Wiem, że nie wypada wnosić próśb od razu po nominacji, ale…

    – Ale i tak masz zamiar to zrobić? – błysk w jego oczach był tak zaczepny, że ledwie pasował do głowy Zakonu Jedi. 

    – Chcę polecieć na Korriban. – rzuciłam wprost. – Przez Yavin. 

    – Na Yavinie nie jest bezpiecznie. A Korriban ma się dobrze. – odparł. – Domyślam się jednak, że masz mnóstwo argumentów, by mnie przekonać. Więc nie pozostaje mi nic innego niż się zgodzić. 

    – Dziękuję, Mis…

    – Ale. – uniósł teatralnie palec. – Zabierzesz ze sobą swoją nową uczennicę. Jesteś gotowa, Thessalio. Poza tym… bardzo dobitnie wyraziła się o wszelkich moich propozycjach i, jakby to powiedzieć… zażądała ciebie. 

    – Nie wiedziałam, że można wybrać sobie Mistrza. – powiedziałam nieco z przekąsem, a nieco połechtana takim komplementem. – Musi być wyjątkowa. Kiedy ją poznam?

    – Posłałem po nią zaufaną osobę. Powinni być tu…

    – THESSALIO WINDU!

    Drzwi niemal wyleciały z zawiasów. Sala zamarła.

    Na środku stała mandalorianka w pełnej zbroi. Odruchowo zerknęłam na znaki klanowe Krellów, ale energia uderzająca z dziewczyny była nie do pomylenia. 

    – To gdzie ta moja Mistrzyni, hm?!

    – O właśnie. – powiedział Luke. – Poznaj swoją nową uczennicę. 

    – Gianna?! – otworzyłam szeroko oczy. 

    – No a kto. – zdjęła hełm i przewróciła oczami. Wyszczerzyła zęby. – Sorry za obsuwę, zagadaliśmy się z młodym. 

    Zza jej ramienia wychynął szczupły blondyn, wpatrzony w nią jak w obrazek. Westchnęłam. Będę musiała z nim porozmawiać. 

    – Dziękuję za pomoc, Ashar.  – uśmiechnął się Luke. – Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. 

    Skłonił głowę i wycofał się w stronę Khana, który z ciepłym uśmiechem jedną ręką przygarnął do siebie syna. Jak ktokolwiek mógł twierdzić, że rodzinę tworzy wyłącznie krew widząc coś takiego. 

    – Chciałaś mnie, bo myślałaś, że dostaniesz taryfę ulgową? – uniosłam brew, wpatrując się w Giannę.

    – Nie. – odparła radośnie. – Słyszałam, że kończysz naukę i rozdajesz tytuły w pół roku. Uznałam, że warto spróbować.

    – Wspaniale. – westchnęłam. – Pakuj się. Lecimy na wycieczkę.

    – Uuu, pewnie gdzieś gdzie jest niebezpiecznie, trzeba zaprowadzić pokój, a może przy okazji postrzelać? – oczy Mando zapaliły się z ekscytacji. 

    – Nie. Lecimy na Korriban. 

    Mogłabym przysiąc, że jęk jej rozpaczy słychać było nawet w najdalszym zakątku Galaktyki. 


***

    – Gianna, wyląduj najpierw na tym księżycu. I bądź gotowa, pędzimy później prostu na Yavin. 

    – Na tym tam, o? Przecież nic tam nie ma. 

    – Jest. Tu są koordynaty. Mam tam coś do skończenia. 

    Posłusznie posadziła statek, a ja wyskoczyłam z niego w chmurze podnoszącego się pyłu. Wiedziałam, gdzie iść. Kawałki prefabrykatu wciąż jako tako stały na miejscu. A tuż obok stała wykrojona tablica, której wyglądałam. 

    „Złączony z Mocą spoczywa pośród Gwiazd”

    Tak, to mogła wymyślić tylko Seraya. Omiotłam spojrzeniem pustą skorupę ziemi pokrytej rdzawobrązowym pyłem, pod którym spoczywało ciało mojego brata. Tak samo puste jak wszystko wokół. 

    Ale kiedyś należało do niego.

    Wyciągnęłam z torby mandaloriańską latarnię, postawiłam przed tablicą i kucnęłam obok. 

    – Chciałam myśleć, że byłeś tym wyrodnym. Który odrzucił obowiązek, wybrał coś, co jest łatwe, a nie to, co powinien. Postrzegałam cię jako kogoś, kto jedynie krzywdził. Kto sprzeniewierzył się ojcu, klanowi… kto nie zasługiwał na imię. 

    Odetchnęłam głęboko nim znowu się odezwałam. 

    – Kończąc twoją egzystencję w tamtej formie wierzyłam, że zakończę wiele rzeczy. Ból ojca i matki. Ranę w klanie, którą pozostawiłeś. A może i nawet zakończę twoje cierpienie i dam ci wolność, której pragnąłeś. Ale… ogłosiłam się wtedy sędzią. Panią życia i śmierci, tego co dobre i słuszne. Nie szukam zrozumienia czy przebaczenia. Jedyne czego chcę to rzeczywiście coś ci dać. Wolność. I spokój. Nie wiem, czy Przodkowie cię przyjmą. Wyrzekłeś się ich. Ale Moc… Moc jest wszystkim. Nawet jeśli się zgubiłeś, ona pomoże ci dojść tam, gdzie powinieneś. I… chciałam powiedzieć ci, bracie… że… przykro mi. 

    Wizjer hełmu zaczął mi parować. Zorientowałam się, że z moich oczu lecą łzy. Szczere, gorące, jakbym żegnała kogoś, z kim znałam się od zawsze. 

    Drgnęłam zaskoczona czując na ramieniu dłoń. 

    – Thess… nie wyłączyłaś komunikatora w hełmie. 

    Zamarłam. Gianna jednak nie patrzyła na mnie, a na zdartą powierzchnię płyty z ledwie widocznym już napisem. 

    I zaczęła śpiewać. A ja, niezdarnie, razem z nią.


***

    Ryzyko wybuchu konfliktu na Coruscant w związku z tarciami między Republiką a Protektoratem rosło. Dlatego też żywot enklawy klanu Krell na planecie nieuchronnie dobiegał końca.

    Mało kto raczej spodziewał się jaki obrót spraw przyniesie to wydarzenie. 

    Zanim sprawy się zaogniły, Telulu Krell, wraz z przejmującą po niej obowiązki Gianną, zostawiły miejsce po mandalorianach tak, by Zakon mógł zrobić z niego użytek. Oczywiście nie dla siebie. 

    Warunek był jeden: zapewnienie w tym miejscu lepszych warunków bytowych osobom z niższych poziomów Coruscant.

    I tak też się stało. 


***

    Coś na widzie miało przypominać wybuch, ale rzadki dym i dźwięk podobny do prażących się ziaren wyglądały mało imponująco. Jedna z niewielu wciąż żyjących postaci wymachiwała właśnie zabezpieczonym blasterem krzycząc „RAAAAX! PO TWOJEJ LEWEJ! STRZELAJ!”.

    – Mamo, ten film TOTALNIE WYMIATA! Naprawdę wujek Erro go znalazł?! Może ma więcej takich!

    Sześcioletni Gregor wielkimi jak spodki oczy pożerał kolejne sceny. Zaśmiałam się cicho, próbując rozmasować plecy, ale spory brzuch nie pozwalał mi wygiąć się w odpowiedni sposób. Khan, gdzie jesteś kiedy twoja obecność jest niezbędna?

    Ach, no tak. Pomagasz zachować względną integralność Galaktyki.

    Sięgnęłam po datapad. Ściągnięte przy ostatnim tankowaniu wiadomości były mniej lub bardziej radosne. 

    Ashar miał przed sobą ostatnie tygodnie nauki. Nie zdziwię się, jeśli po zakończeniu akademii od razu będzie próbował dostać się do drużyny Łotrów.

    Khan wciąż mediował w kontraktach handlowych między Republiką a Imperium i nie był pewny kiedy uda mu się wrócić z Chandrilli. 

    Moja Nir’she dalej była na Korribanie. Po spędzeniu pół roku na Kashyyyk, postanowiła, że chce zobaczyć i nauczyć się więcej. Oficjalnie została uczennicą Serayi, nieoficjalnie: pobiera nauki od moich obu sióstr. Ma otwarty umysł. Niczego więcej dla niej nie pragnę niż tego, by go takim zachowała. 

    Tymczasem ja i Gregor lecieliśmy na Quen z małym przystankiem w Greenren. Uznaliśmy z Badylem, że to będzie dobre miejsce na powtórne jego powtórne narodziny. A na Quen czekał na mnie ciąg spotkań planowania dalszej współpracy między Cesarzową a Zakonem. Odkąd uwaga Any skupiła się na mojej Nir’she, a ani ja ani Khan nie rzucamy się przed córkę, by “ochronić ją przed złym wpływem Sithów”...

    Można powiedzieć, że nawet udało nam się zaprzyjaźnić.

    Film właśnie się skończył. Obiecałam sobie, że obejrzę go też z moim najmłodszym dzieckiem, które na świat przyjdzie za jakiś czas.

    – No dobrze, skoro się podobało… – wstałam. – Chodź, poćwiczymy w ładowni. 

    – Ale ja nie luuuubię wymachiwać kijem. – zawył w odpowiedzi. 

    – Mówiłam ci, Thess, daj mu blaster. – krzyknęła siedzącą na mostku Gianna

    – Jak wypracuje odpowiednie odruchy. – skwitowałam. – A skoro masz autopilota to zbieraj się, poćwiczysz szermierkę z nami, moja już-nie-uczennico. 

    – Ale ja nie luuuuubię wymachiwać kijem. – jej jęk był tak podobny do Gregora, że wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. 

    – Już, już. Żadnych wymówek. 

    Ręka odruchowo spoczęła mi na brzuchu. Mała poruszyła się niespokojnie. Tak, twoja imienniczka też nie lubiła wymachiwać kijem. Ale potrafiła dużo, dużo więcej. 

Idąc do ładowni jak zawsze zawiesiłam wzrok na kamiennym klocu topornie wyciętym ze ściany starożytnej świątyni. Narysowany kucyk zdążył już wyblaknąć, przez co jeszcze bardziej pasował do siedzącego na jego grzbiecie wściekłego Sitha.

    Ty też będziesz umieć, ale co dokładnie… to już zależy od Ciebie.

    Moja mała Y’venette.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz