poniedziałek, 31 marca 2025

Powrót do domu - Thessalia Vizsla

Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.


        Statek szarpnął ostro po wejściu w nadprzestrzeń, ale zdążyłam już przyzwyczaić się do specyfiki Walkirii. Y’venette ruszyła na spotkanie z Admirałem, na co przyzwoliłam krótkim skinieniem głowy. Statek jest zbyt mały, by ćwiczyć z nią dalej: ładownię zajmują myśliwiec i kanonierka, a dodatkowo aura Dharana daje się we znaki bardzo wyraźnie. Zużyłam zdecydowanie zbyt dużo energii w miejscu przesiąkniętym Mocą byle tylko zrobić w niej niewielką wyrwę. Chociaż im dłużej o tym myślę, tym bardziej chciałabym stać się biegła w tego rodzaju umiejętności. Pozwoliłoby mi na głębsze zrozumienie natury tego, co sama potrafię.

        Tak. Dobrze wykorzystam czas powrotu. Przysłuży się to i mnie, i Y’venette. Ale z tym mogę poczekać, dokowanie zajmie X-Wingom jeszcze chwilę.

        Wstałam z fotela. Mam przynajmniej dwadzieścia minut…

        Udałam się do jednego z nieużywanych aktualnie pokojów i sięgnęłam do skrzyni pełnej ubrań. Dwie pierwsze rzeczy, które wyciągnęłam okazały się być czarnymi szortami i koszulką z nadrukiem jakiejś nieznanej mi futerkowej istoty. Wzruszyłam ramionami: ubrania mają być praktyczne, a te zdecydowanie mi się przydadzą.

        Złożyłam pieczołowicie szaty. Wolałabym nie zabrudzić ich nieskazitelnej bieli, zwłaszcza, że czeka nas wiele rozmów po powrocie do Akademii.

        Uśmiechnęłam się do siebie, po czym zamarłam. Spojrzałam na dłonie, po których rozchodziła się tak rzadko odczuwana emocja. Czy to ekscytacja?

        Od wielu lat nie pozwalałam sobie na tęsknotę. Osłabiała moje postanowienia, sprawiała, że chciałam złamać zasady, które sama sobie ustaliłam. Ale teraz… cieszę się, że wracam do miejsca, które jest moim domem.

        Czas ucieka, Thessalio. Bierz się do pracy.

        W mesie panowała głucha cisza. Lubię ciszę, jest pozbawiona niepotrzebnych bodźców. Ale ostatnio, kiedy tu byłam, E2.8 włączył muzykę, przy której Y’ve często gotowała, bujając biodrami. Czy mam coś podobnego na moim datapadzie?

        Podłączyłam go do holowyświetlacza w stole z głośnikami. Ze zdziwieniem zauważyłam, że rzeczywiście mam odpowiednie pliki. Dawno temu Khan próbował przekonać mnie do słuchania czegoś z jego młodości, ale uważałam wtedy, że muzyka to strata czasu. Odrzucałam nawet tak niewielkie przyjemności…

        Rytmiczne tony szybko przypadły mi do gustu. Były pełne energii, ale nie na tyle szalonej, by przytłoczyć swoim brzmieniem. Ciekawe doświadczenie.

        Sięgnęłam po przepis, który dzięki E2.8 miałam już przepracowany. Dlaczego to pierwsze, co przyszło mi do głowy? Powinnam teraz medytować, planować trening, uzupełniać raporty, ale…

        Ale czepiam się cząstki czegoś, co daje mi czyste, niewymuszone szczęście. Chociaż przez chwilę chcę się tym cieszyć, a dokładniej do momentu, w którym nie będę musiała rozmawiać z Radą o napięciach politycznych i nadchodzącej anihilacji Galaktyki.

        Dobrze, że zdążyłam uzupełnić kuchenne zapasy na Greenren. Wyciągnęłam potrzebne składniki, by już po chwili metodycznie odmierzać je do największej miski jaką znalazłam. Ucieranie masła z cukrem okazało się zaskakująco bliskie medytacji. Myśli zaczęły się porządkować, a ja skupiłam się na jednej z nich.

        Cieszyłam się z powrotu.

        W oknie Dorna wystawię latarnię, którą dał mi ojciec. Pożegnam się z nim. I zrobię to w końcu tak, jak powinnam już na początku: bez złości, bez pulsującej nienawiścią chęcią zemsty. Ostatecznie i tak wspólnie zasiądziemy przy stole Przodków, złączymy się w Mocy. Teraz dam mu spokój i pomogę odnaleźć właściwą drogę, jeśli będzie tego potrzebował.

        Odmierzyłam odpowiednią dozę mąki i łagodnie wmieszałam ją w ciasto. Poza zmarłymi, czas będzie zająć się tymi, którzy kroczą jeszcze po tym świecie.

        Nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziłam tyle czasu z dala od Khana. Odkąd został moim mistrzem każdy dzień był wspólnym dniem. Nawet po oficjalnym zakończeniu mojego okresu bycia uczennicą i tak widywaliśmy się na treningach czy przychodziliśmy do siebie wieczorami. Żałuję, że nie mogłam powiedzieć mu osobiście o wydarzeniach na Volinus. Nie odpowiedział na moją wiadomość, ale też nie mogę przyznać bym nagrywając ją myślała wystarczająco trzeźwo. Czas w Quen był… trudny.

        Zamoczyłam palec, próbując surowego ciasta. Teraz kakao.

        Poza tym może to mieć coś wspólnego ze śledztwem agentów Republiki, tak jak pisał Kyle. Tym bardziej chcę już wrócić. Chcę sprawdzić jak Khan radzi sobie ze stratą. Czy mogę coś dla niego zrobić. Poza tym… w końcu opowiem mu o tak wielu kwestiach. O tym, czego się dowiedziałam. O tym, jak wiele się zmieniło. O tym, że brakowało mi tego, że niemal co wieczór mówiłam mu, jak minął mi dzień.

Czy zareaguje tak jak Medi i Dharan? Cały czas pytali się czy nie uderzyłam się w głowę, a przecież znają mnie raptem kilka miesięcy, a nie lat.

        Seraya pewnie uzna, że powinnam poddać się badaniom neurologicznym. Ach, przepadło nam już… jedenaście? Dwanaście naszych cyklicznych spotkań? Mam tyle wniosków, którymi chciałabym się z nią podzielić. Zawsze wiedziałam, że jest potężną Mistrzynią, jednak jak doskonała musi być w kontrolowaniu Mocy skoro tak niezwykle zbliżyła się do Kalayi? Ja we śnie musiałam zmusić każdą cząstkę siebie, by do niej podejść. Tymczasem Seraya staje się z nią jakiegoś rodzaju jednością. Przemawia przez nią mistyczne źródło Mocy.

        Liczę jednak na to, że po ostatnich odkryciach Y’venette, Kalaya pozostawi Serayę samą sobie. Stracenie własnej tożsamości i autonomii na rzecz czegoś lub kogoś nie wydaje się być czymś naturalnym.

        Muzyka zmieniła ton na bardziej głęboki, basowy. Lekkie drgania przeszły po mojej skórze, a stopa powoli zaczęła wybijać rytm. Oblizałam łyżkę po słodkiej, czekoladowej masie. Westchnęłam zadowolona: tak, to jest to.

        Pierwsza partia wylądowała w piecu. Spojrzałam na zegarek. Minęło pół godziny, Y’ve powinna już skończyć. Świetnie, w samą porę. Podeszłam do intercomu, naciskając przycisk łokciem.

        - Ej-Ej, wymagam twojej asysty w mesie. Jeśli nie masz aktualnie przydzielonych obowiązków, czekam na ciebie. – powiedziałam rzeczowo, po czym zastanowiłam się chwilę i dodałam jedno słowo robiące sporą różnicę. – Proszę.

        Opuściłam rękę, odruchowo kładąc dłoń na biodrze. Tak, nieangażowanie w tę czynność moich szat było dobrą decyzją: cała noga kleiła się od roztopionej czekolady.

        Kolejna piosenka rozbrzmiała w mesie, tym razem słowa mówiły o „zagubieniu we własnym bałaganie uczuć”.

        Uśmiechnęłam się lekko. Umazana masłem, cukrem i kakao, pachnąca czekoladą i tupiąca do rytmu muzyki pomyślałam, że chociaż przez chwilę mam do sprzątnięcia jedynie fizyczny bałagan.

        To całkiem miłe uczucie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz