Kim jest bohaterka?
Kiara Saaid to kapłanka bogini Sune pochodząca z Zakhary. Trafiła na Wybrzeże Mieczy w poszukiwaniu swojej córki Adii, która została porwana przez Kult Smoka. W trakcie podróży poznała Gaspara, Shina i Belmora.
Ofiary są nieodłączną częścią wojny. Tym razem padło na jednego z członków Rodziny Zastępczej – Gaspara. Zaklęcia Kiary zawiodły, jego dusza nie chciała wrócić z zaświatów. W desperackiej próbie wskrzeszenia przyjaciela, drużyna podąża do znanego im druida w nadziei, że ten wykona niezbędny rytuał reinkarnacji.
Ich obozowisko rzadko bywało tak ciche, jak ostatnimi czasy. Nawet teraz, kiedy ognisko trzeszczało wesoło sypiąc naokoło snopy iskier, głównym dźwiękiem rozlegającym się na polanie były metaliczne stukanie o siebie zębatek kolejnego wynalazku Belmora i pojedyncze słowa modlitwy Kiary, która siedziała nad brzegiem niewielkiego strumyka. Shin niemal każdego wieczoru zawzięcie pracował w lampie nad kolejnymi stronami pergaminu, by kapryśna pogoda nie zniszczyła jego pracy.
Minęły trzy dni. Trzy bardzo długie dni, podczas których smokowiec starał się uświadomić im, że przecież mają cel. A Aster, obojętnie jakim bucem by nie był, to jednak zna się na rzeczy, co już nieraz udowodnił. Ale te słowa nie przebijały się ani przez frustrację mnicha, ani przez wyraźne zagubienie Kiary.
Aż do teraz.
– Możemy porozmawiać? – zapytała. Nie czekając na odpowiedź usiadła u boku Belmora. – Wydawało mi się, że… że skoro czuję Sune w sobie tak mocno, jak nigdy wcześniej, to znak. Wyróżnienie. Byłam tak pewna, tak… arogancka. – westchnęła cicho. – Butna i bezczelna. Miałeś rację, że być może patrzę na wszystko tylko z jednej strony, biorąc pod uwagę tylko to, co mam i tylko to, czego chcę. Całkowicie świadomie pomijałam jeden istotny fakt. – zacisnęła oczy, a kiedy je otworzyła błękit tęczówek niemal pochłaniał bijące od ogniska ciepło. – Że bardzo szybko i bardzo łatwo mogę to wszystko stracić.
Kiedy otworzył usta, położyła mu na nich palec.
– Nie chcę, żebyś mnie pocieszał. – zmusiła się do lekkiego uśmiechu. – Ani tym bardziej mówił, że takie jest życie. Wiem o tym. Po prostu czuję się tak… bezsilna. Znowu. – po jej wygiętych ustach spłynęły łzy. – Tak bardzo się o was martwię. – wyszeptała. – Tak bardzo się boję. Zawsze uważałam, że śmierć to część życia. W końcu pozostają wspomnienia, obraz osoby wśród wszystkich, którzy ją kochali. Ale to przestało być takie proste, odkąd… odkąd myślałam, że straciłam Adię. Odkąd myślałam, że straciłam ciebie. Odkąd patrzyłam na martwe ciało Shina i Gaspara. Ja… boję się, Belmorze. – zaszlochała, chowając twarz w dłoniach. – Wiem, to nic nie da. Musimy iść naprzód. Ale… zawiodłam. Zrobiłam coś nie tak, i to na tyle, że Sune nie udzieliła mu swojej łaski. Co jeśli nie będą ze mną bezpieczni? Albo jeśli nie zdążę dotrzeć do ciebie na czas? – odetchnęła głęboko, czując obejmujące ją ramię.
– Dlatego wolę myśleć, że nam się uda. – powiedziała po chwili. – Dlatego chciałam być taka pewna tego, że za jakiś czas, obojętnie za ile, znów będę mogła… będę mogła…
– Wybacz. – otarła szybko łzy z zaczerwienionej twarzy. – Zapędziłam się. Chodzi mi o to, że… już zrozumiałam. Powinnam zaakceptować też tę stronę wydarzeń, której bardzo nie chciałam widzieć. Muszę wyzbyć się impertynencji wobec naszej Pani.
Wzięła głęboki oddech unosząc głowę ku niebu. Spojrzała na Belmora brązowymi oczami, a ciemność zapadającej nocy sprawiły, że jej włosy przybrały niemal odcień czerni.
Przez chwilę wyglądała tak, jak gdyby Sune nigdy nie udzieliła jej swojego błogosławieństwa. Obdarta z tego, co dała jej bogini, przez krótki moment wyglądała na taką, jaką jest naprawdę: młodą matką, która niesie bagaż wyrzutów sumienia. Niedoskonałą, często zagubioną kobietą próbującą przetrwać wśród wątpliwości i strachu. Będącą tak daleko od domu i wszystkiego, co do tej pory znała. Chcącą, by jej rodzina była razem, szczęśliwa, zdrowa.
Kiarą próbującą wszystko tłumaczyć sobie jedynym, co dawało jej siłę przez wszystkie lata: miłością.
Ognisko zajaśniało mocniej odbijając się od rudych refleksów we włosach kapłanki, a w jej oczach zabłysły różowe ogniki.
– Kto wie? – wtuliła się w ramię Belmora. – Może rzeczywiście przyszłość postawi mnie przed wyborem i następnym razem faktycznie zobaczysz mnie jako smokowca? – zachichotała. – A jeśli Gaspar się w niego zmieni to przynajmniej będzie miał powód, żeby nazywać cię bratem. Myślisz, że po tym wszystkim wciąż będzie czerwony? – ścisnęła jego dłoń. – Wszystko będzie dobrze. Musi być. I na pewno będzie. – powtórzyła z większą pewnością, wyraźnie próbując przekonać samą siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz