Kim jest bohaterka?
Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.
Chociaż dżungla nigdy nie śpi, tym razem była znacznie bardziej niespokojna niż zazwyczaj. W oddali wciąż unosił się słup dymu, widoczny nawet w ciemności, rozjaśnianej przez dogasające płomienie. Zacisnęłam dłonie na kamiennej poręczy balkonu, biorąc głęboki wdech.
Powietrze pachniało paloną roślinnością, paliwem lotniczym i krwią.
Y’venette wymamrotała coś przez sen, przewracając się na drugi bok. Dzień był dla niej ciężki. Przetrwanie sytuacji, w której stajesz przed wyborem: „ja albo przeciwnik”, zawsze jest szokiem. Dla każdego.
Dlaczego więc ja tego nie czuję?
Nie zawahałam się ani przez chwilę. Nie zwątpiłam w to, co robię. Nie powstrzymałam żadnego ciosu, choć mogły nie być śmiertelne. Nie zareagowałam, gdy jeńcy mieli szansę wrócić ze mną do Akademii.
Co czułam?
Determinację. Nic więcej.
Co czuję teraz?
Nic. Pustkę. Spokój. Jak zwał, tak zwał.
Odkąd dołączyłam do Zakonu, niewiele rzeczy mogło mnie wytrącić z równowagi. Odkąd tylko opuściłam dom, pracowałam latami nad cierpliwością i opanowaniem. A teraz, w przeciągu jednego tygodnia, dwukrotnie wystawiono mnie na próbę.
Y’venette, dziewczyna Znikąd. Nigdy nie spotkałam takiej istoty, jak ona. Tak czystej, niewinnej i do granic możliwości niesfornej. Nie przeszkadza mi jej żywiołowość czy brak doświadczenia. Obie te rzeczy można wypracować, do pewnego stopnia okiełznać.
Niepokoi mnie coś innego: czuję z nią więź. Nie tylko obowiązek, ale coś więcej. Mogę sobie wmawiać, że to tylko akademicka ciekawość. Chcę rozwikłać zagadkę jej snów, jej umiejętności. Ale kiedy budziła się z krzykiem, moja reakcja nie była naukowa. Była emocjonalna.
Potrząsnęłam głową, próbując pozbyć się natrętnych odczuć. Bzdury. Latami narzucałam sobie dyscyplinę, nie pozwolę, by taka słabość się we mnie zagnieździła. Zacisnęłam powieki.
Taren z klanu Varik.
Kaida z klanu Renar.
Drak z klanu Solvik.
Lyrra z klanu Drenn.
Sareen z klanu Vizsla.
I… i Orlan z klanu Veyar.
Wykrzywiłam usta w gorzkim grymasie. I pierwszy raz od dawna znów znalazłam się myślami w kanonierce lecącej na Mandalor…
_____________________________________________________________________________________
Ktoś trącił ją łokciem, wyrywając z zamyślenia. Sareen, wyszczerzona w zuchwałym uśmiechu, podała jej niewielki medpack, wskazując ruchem głowy, że wszyscy już zdążyli zabrać swoje.
- Thess, serio, będzie dobrze. – powiedziała cicho siedząca obok Kaida. – W końcu będziemy pełnoprawnymi Mandalorianami!
- Hoho, Vizsla ma cykora? – rzucił Taren, patrząc na nią z niesmakiem. – Może jednak nie chcesz być Mando.
- Wcale się nie boję! – krzyknęła Sareen, wypinając pierś.
- Mówiłem o tej drugiej. – westchnął Taren.
- Spokój! – zarządził Orlan. Nie musiał nawet podnosić głosu, żeby każdy spojrzał na niego z wyczekiwaniem. Minę miał poważną i skupioną, zupełnie niepasującą do dziesięcioletniego chłopca. – Robimy co do nas należy, a potem wracamy jako Mandalorianie. Nie przynieście sobie i waszym klanom wstydu. Tak każe Obyczaj.
- Tak każe Obyczaj! – krzyknęli wszyscy, uderzając się w pierś.
Choć wszyscy byli w podobnym wieku, to właśnie Orlan zyskał szacunek jako jeden z najlepszych wojowników przed Próbami. Jego postawa emanowała charyzmą, której nikt w kanonierce nie miał odwagi ani chęci kwestionować.
- Lądujemy. – odezwał się okuty w beskarową zbroję Mandalorianin, którego znaki klanowe wskazywały na Ordo. – Wasze zadanie to sprawdzenie podejrzanych odczytów, stawienie czoła florze i faunie Nowego Mandaloru oraz późniejsze zdanie raportu. Na oznaczonych terenach polują drapieżniki. Idźcie. Nie zawiedźcie swoich klanów.
Kiedy tylko wysiedli, kanonierka poderwała się i odleciała, pozostawiając ich samych pośród dżungli. Dźwięki tętniącego wokół życia szybko stały się wręcz ogłuszające.
- Kierunek: południowy wschód – oznajmiła Lyrra, wpatrując się w holograficzną mapę wyświetlaną przez bransoletę na jej ramieniu. – Trzy godziny marszu do czujników, które wykryły anomalię.
- Pójdę z Thess przodem. – zgłosiła się Kaida, wyciągając beskad. – Będziemy oczyszczać wam drogę z pnączy, później się zamienimy, żeby każdy był w pełni sił.
- Dobry plan. – pochwalił Orlan, a dziewczyna pokraśniała z dumy. – Czy ktoś ma obiekcje? Czy ktoś chce ruszyć sam? Próby nie muszą być wykonywane drużynowo, więc jeśli chcecie zdobywać chwałę samodzielnie, to zdecydujcie teraz.
Zapadła cisza.
- Siła wojownika to siła klanu i narodu. – powiedziała cicho mała Thessalia, a wszystkie oczy zwróciły się na nią. – Trenowaliśmy razem, znamy się, wiemy jak walczymy. To nasza przewaga, a tylko głupi by z tego nie skorzystał.
- Poza tym sądzę, że w tej dżungli wystarczy przeciwników dla każdego. – uśmiechnął się chytrze Drak. – A jak nie… to ich sobie poszukamy.
Wszyscy pokiwali głowami i ruszyli.
Im dłużej szli, tym ciszej robiło się wokół nich. Napięcie wśród młodych rosło, jednak szybko zaczęło przeradzać się z podekscytowanego oczekiwania w nerwowy strach. Rozmowy przeszły w urywane, wyrzucane przez zaciśnięte zęby słowa. Orlan kilka razy musiał interweniować, przerywając wybuchające sprzeczki, choć i jego palce ściskały broń coraz mocniej.
W końcu dotarli na miejsce. Thessalia westchnęła z ulgą, poprawiając w dłoni wibronóż. Szybko jednak poczuła dziwny niepokój. Zaczęła nasłuchiwać w skupieniu i dopiero po chwili zorientowała się, co nie pasuje jej w tym miejscu.
Dżungla całkowicie umilkła. Żadnych owadów, żadnych ptaków. Tylko ich oddechy i kroki.
Otworzyła usta, by to powiedzieć, ale jej grupa zatrzymała się kilka kroków wcześniej. Przez jej kark przeszedł nagły dreszcz – zimny, obcy i niepokojący.
Strach.
- Przestań tak głośno dyszeć. – wycedził Taren, trącając Sareen lufą blastera. – Jak nie masz kondycji, to wracaj na Tatooine.
- Nie dotykaj mnie. – wysyczała dziewczyna. – Bo…
- Zamknijcie się! – wrzasnął Drak, popychając ich oboje. – Nie chce już słuchać tego pieprzenia!
I wtedy padł pierwszy cios.
Drak upadł na ściółkę, z nienawiścią wpatrując się w Sareen, która cofnęła okutą w metal pięść.
Z nosa i ust ciekła mu krew.
- Powiedziałam, nie dotykaj mnie, ty…
- SPOKÓJ! – warknął Orlan, wchodząc między nich i przypadkiem odpychając Lyrrę. – Coś tu jest nie…
- NIE! – krzyknęła Thessalia rzucając się przed siebie.
Za późno.
Lyrra z dzikim wrzaskiem rzuciła się na Orlana, wbijając mu nóż w tętnicę szyjną. Z jego ust trysnęła krew, obryzgując wszystkich stojących obok. Dłonie chłopaka bezradnie próbowały zatamować krwotok, jednak nie był w stanie nic zrobić. Thess dopadła do niego, ale brązowe oczy, pełne blasku jeszcze chwilę wcześniej, poszarzały i zamarły.
Przyszła chluba klanu Veyar. Przyszłość mandalorian. Młody, charyzmatyczny wojownik, może kiedyś członek Watahy Śmierci. Teraz leżał w rękach Thessalii jak szmaciana lalka, z twarzą zastygłą w szoku.
Nad głową Thess wybuchły wybuchła walka, kiedy wszyscy rzucili się na siebie jak dzikie zwierzęta. Niedaleko niej Sareen siłowała się z Drakiem. Na wpół odcięty płat jej policzka zdążył już zabrudzić się ziemią.
Oddech Thessalii przyspieszył. Przez całe jej ciało przelewała się fala wściekłości. Świat zaczął rozmywać się w krwawym widzie, w uszach pulsowały szaleńcze uderzenia serca.
Wszystkie późniejsze wspomnienia były mgliste i niewyraźne. Poza kilkoma, które wryły się w pamięć jak rozżarzony do białości stalowy pręt.
Taren z klanu Varik zginął szybko, kiedy jego skręcony przez Thessalię kark wydał krótki, przeszywający dźwięk.
Kaida z klanu Renar wykrwawiała się, jednak wbicie jej własnego wibronoża w oczodół szybko położyło kres jej krzykom.
Drak z klanu Solvik walczył zażarcie, ale blasty jedynie odbijały się od czerwonej skóry, gdy dłonie dusiły go i złamały mu tchawicę.
Lyrra z klanu Drenn próbowała powstrzymać swoje wnętrzności, gdy ostrze rozpłatało jej podbrzusze.
Sareen z klanu Vizsla walczyła nawet pozbawiona fragmentu szczęki. Jednak celny cios beskadu przeciął jej kark równie gładko, jak wcześniej kość i ścięgna poniżej kolana Thessalii.
Kiedy odzyskała przytomność leżała bezradnie wśród krwi. Uderzający zapach żelaza sprawił, że zachciało jej się wymiotować, ale przeraźliwy ból nogi od razu ją otrzeźwił. Wyszarpała komunikator zza pasa jednego z jej niedawnych towarzyszy, nadając sygnał.
Resztka zniszczonego przez bolty medpacka wisiała smętnie przy jej pasie. Usiadła z wysiłkiem, przełykając łzy i zawiązując prowizoryczną opaskę uciskową przy kolanie. Rozejrzała się, czując, że traci oddech na widok rozbebeszonych zwłok leżących tuż obok.
Nagle przeszedł ją ostrzegawczy dreszcz.
Gwałtownie odwróciła się w kierunku ogromnej kępy roślinności. Wśród cieni zamigotały czerwonawe ślepia.
Złapała skąpany w krwi wibronóż, obserwując jak istota wychodzi jej naprzeciw. Smukłe, przywodzące na myśl wilka, zwierzę zwinnie przemykało między ciałami. Czarne futro, muskularna sylwetka, długi ogon. Bestia poruszała się powoli i pewnie, odsłaniając ostre zęby osadzone w wydłużonym pysku.
Dziewczyna uniosła nóż.
Istota rzuciła się na dziewczynę, która krzyknęła, gdy wielkie cielsko przygniotło ją do ziemi. Paskudny oddech owiał jej twarz w momencie, kiedy resztą sił wbiła ostrze w szyję zwierzęcia. Gardłowe dławienie i bulgot szybko zastąpiła cisza. Zwierzę zamarło, a ją przeszył ostry, obezwładniający ból.
Świat pogrążył się w ciemności.
Tym razem odzyskiwanie przytomności nie było tak lekkie, jak ostatnio. Ledwo łapiąc oddech, Thessalia zrzuciła z siebie bestię. Ręce odmawiały jej posłuszeństwa, a oczy znów się zamykały. Zatrzęsła się z ogarniającego ją chłodu.
I właśnie wtedy poczuła coś zupełnie odmiennego od wściekłości, bólu czy strachu. Coś, co wzywało ją, przyciągało.
Wołało.
_____________________________________________________________________________________
Otworzyłam oczy, opuszkami palców muskając rękojeść miecza. Wibracje kryształu pulsowały pod moją skórą, podczas gdy wspomnienia powoli rozpływały się w niebyt.
Musiałam sobie przypomnieć, że nawet przyjaźń niesie za sobą konsekwencje, które mogą zachwiać emocjonalną równowagą. Wpływają na samodyscyplinę, osłabiają koncentrację. A to z kolei prowadzi do błędów. Niepotrzebnych, bolesnych incydentów. Zwłaszcza, gdy władasz Mocą.
Nie mam czasu na zawód, żal i ból. Zburzyłyby mój harmonogram ćwiczeń.
Ciszę rozdarł ryk silników speedera w akompaniamencie dwóch męskich okrzyków podniecenia. Prychnęłam z irytacją, po czym od razu przywołałam się do porządku. Oto nadjechał drugi powód mojego niedawnego wytrącenia z równowagi.
Arogancki pilot Republiki. Człowiek, który z własnej woli porzucił mandaloriańskie dziedzictwo. Zuchwały, bezczelny, z ego tak rozdętym, jakby pozjadał wszystkie rozumy.
Ale…
Ale na szczęście już niedługo opuszczamy Yawin. A kiedy wrócę, jego już tu nie będzie. Dobrze. Moja niedorzeczna, szczeniacka fascynacja, która nigdy nie powinna mieć miejsca, zniknie. I nie będzie mi już przeszkadzać.
Zmrużyłam oczy, gdy stanęli pod balkonem, bawiąc się przepustnicą i wprawiając silniki w nieregularne obroty. Dzieci szukające poklasku. Wróciłam do pokoju i zamknęłam okno. Może z większą siłą niż powinnam.
Sen wydaje się teraz dobrym pomysłem, czasu powinno starczyć na odzyskanie sił przed jutrzejszym dniem.
Spojrzałam na Y’venette. Spała spokojnie. Rzucona w świat, którego nie rozumiała. Który jeszcze do niej nie należał. Tak strachliwa, a jednocześnie tak odważna.
Jest Moc. Nie ma przypadków. Muszę wierzyć, że ich nie ma. Bo jeśli to nieprawda, to…
Tak wiele rzeczy mogłoby być zupełnie inne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz