sobota, 22 listopada 2025

Bankiet - Thessalia Vizsla

  Kim jest bohaterka?

Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. 


    Nie tak wyobrażałam sobie dwudzieste urodziny.

    Nigdy szczególnie nie świętowałam, kolejny przeżyty rok był dla mnie zbyt błahym powodem, by oderwać się od codziennego harmonogramu. Nikomu też nie wspominałam o konkretnej dacie… ale oczywiście Mistrz Khan musiał dwa lata temu przypadkiem usłyszeć holo, które otrzymałam od rodziców.

    Przeżułam kolejny kawałek wyśmienicie doprawionego mięsa. Po raz pierwszy byłam na Corelii, a na bankiecie przebywało mnóstwo osób zajmujących się handlem. Każdy ważny, każdy majętny, każdy chcący jeszcze bardziej się wzbogacić.

    Gdzieś tam, wśród nich, znajdował się człowiek mający zupełnie inne plany. Wiedzieliśmy jedynie, że ten agent jest świetny w swojej pracy, a tu, na samej planecie, nikt nie może dowiedzieć się o tym, jak wiele informacji o węzłach handlowych mógł przemycić. Zakon dostał uprzejmą prośbę o zlokalizowanie tej osoby i stworzenie możliwości pochwycenia go bez szumu czy pytań.

    Tego ranka będąc w tylko mi przydzielonym apartamencie dostałam spodziewaną wiadomość do rodziców. Uprzejmą. Ciepłą. Zaprosili mnie na Concordię, chociaż wiedzą, że nie przylecę. Nie widzieliśmy się od pięciu lat. Odpowiedziałam krótko.

    I zapisałam holo, które będę odtwarzać w ciszy przez kolejne kilka miesięcy.

    – Wina?

    Podniosłam wzrok na kelnera. Zniecierpliwiony trzymał butelkę nad moim kieliszkiem, a kiedy pokręciłam głową dygnął i odszedł.

    – Odmówisz takiego wina, Thess? – zapytał Khan, upijając łyk burgundowego trunku. – To konkretne produkowane jest wyłącznie z winorośli równin Corellii. Zbiera się je raz w roku, a każda wytworzona butelka ma swój własny numer seryjny. Masz jedyną w swoim rodzaju szansę poznać kulturę tej planety i odmawiasz?

    – Mamy coś do zrobienia, Mistrzu. – odparłam cicho, spoglądając na niego nagląco. – Czy…

    – Mówiłem ci już. – westchnął. – Mam plan.

    Pokiwałam głową. I tak mogłam jedynie cieszyć się, że w natłoku zdarzeń zapomniał o tym, co dziś za dzień. W zeszłym roku sprezentował mi kapcie z włosia banthy pofarbowanego na różowo. Żeby nie zrobić mu przykrości chodziłam w nich cały tydzień, do momentu aż Dorn zauważył, że Khan z Anakinem przekazali sobie niewielką garść kredytów, kiedy przeszłam obok nich w stołówce.

    – Masz plan czy improwizację. – wymamrotałam pod nosem, ze zgrozą zauważając jak na jego twarzy rozkwita olbrzymi uśmiech.

    – Zobaczysz. – szepnął konspiracyjnie. – Masz wszystko?

    – Oczywiście, Mistrzu. – przytaknęłam, czując pod rękawem przewody nieznanego mi urządzenia. – Ale jak masz zamiar…

    – Patrz i ucz się, moja nie już tak młoda uczennico. – puścił mi oko, po czym wstał. – A, i jeszcze jedno. Wszystkiego najlepszego, Thessalio.

    Złapałam rzuconą przez niego niewielką sakiewkę, w osłupieniu obserwując jak wychodzi na środek sali. Szybko rozwiązałam rzemyki, a na moją dłoń wypadły dwie półokrągłe blaszki z elektronicznym rdzeniem. Z jednej strony umieszczone były niewielkie kolce. Całość była wykonana była topornie i zdecydowanie ręcznie.

    – Szanowni państwo. – zaintonował Khan. Na widok przemawiającego Jedi wszystko rozmowy umilkły, wpatrując się w niego z ciekawością. – Chciałbym serdecznie podziękować naszego gospodarzowi za zaproszenie i organizację tak wspaniałego bankietu. – rozległy się brawa, a Varic Tharlin wstał, kłaniając się pozostałym. – Niemniej chciałbym wspomnieć o jeszcze jednym bardzo ważnym wydarzeniu, które ma miejsce dzisiejszego dnia.

    Po sali poniosły się szepty, a ja czułam, jak mój duch opuszcza ciało.

    – Moja uczennica, Thessalia Vizsla, bratanica władców Quen, obchodzi dziś urodziny! – wyciągnął rękę w moją stronę. – Podejdź do mnie, Thess. No już, nie wstydź się!

    Nie czując nóg podniosłam się z krzesła. Okrutne skrzypnięcie poniosło się echem po bogato zdobionych marmurach. Podeszłam do Khana, który złapał mnie za ramiona i postawił przodem do wszystkich gości.

    – Jeśli ktoś miałby ochotę złożyć Thessalii życzenia urodzinowe to jest to ostatni moment, gdyż już niedługo będziemy musieli was opuścić, by ruszyć do jej rodziny w Dominium Quen.

    Przez chwilę panowała cisza, która w kilka sekund zamieniła się w chaos. Otyli kupcy i zarządcy zaczęli dopadać do mnie i ustawiać się w kolejkę. Każdy ze stu czterdziestu ośmiu gości chciał życzyć mi wszystkiego dobrego…

    …dodatkowo upewniając się, że na pewno usłyszałam ich nazwisko, to, czym handlują, i dlaczego właśnie o nich warto byłoby szepnąć słowo ciotce, gdyby szukała nowych kontrahentów.

    Uśmiechałam się blado, ściskając ich spocone dłonie. Wszystko we mnie krzyczało, ale nie mogłam powiedzieć, że był to zły plan. Urządzenie, które miałam na sobie, znajdowało sygnał podsłuchów i lokalizacji. Wystarczyło, by ktoś inny zerkał na odczyty, a nasz tajemniczy jegomość sam by się objawił.

    Po czasie trwającym wieczność, nareszcie kolejka zaczęła maleć. Odetchnęłam z ulgą, kiedy nad nieznajomym sullustaninie ujrzałam wyszczerzoną twarz Khana. Rozłożył teatralnie ręce i objął mnie mocno.

    – Mistrzu…

    – Wiem, wiem, nie musisz dziękować. – poklepał mnie po plecach, po czym ściszył głos. – Załóż co ci dałem. Zajmij ich.

    – Zajm…

    – Wspaniale! – odwrócił się z uśmiechem do sali. – Thessalia zgodziła się właśnie zaprezentować jeden z tradycyjnych tańców, którego korzenie odkryto podczas wykopalisk na Yavinie. Możliwe, że nikt z was nigdy czegoś takiego nie widział… Podejdźcie bliżej! Wszyscy!

    Zamrugałam oniemiała, kiedy Khan zniknął w tłumie, który z ciekawością podszedł bliżej i zaczął mi się przyglądać. Nie wiedziałam, czy krew odpłynęła mi z twarzy czy napłynęło jej tyle, że przestałam ją czuć.

    Zdrętwiałymi palcami wyciągnęłam płytki, które wcześniej miałam w palcach. Jak mam to... zmarszczyłam brwi. Podniosłam nogę i przytknęłam chłodny metal do buta. Pasowało idealnie do podeszwy pod piętą, a kolczasta część wgryzła się w gumę unieruchamiając całość. Opuściłam stopę, a kiedy ta uderzyła o podłogę, płytka wydała wzmocniony dźwięk, który wypełnił salę. Pośród patrzących na mnie handlarzy przeszedł pomruk uznania, a znad ich głowy wyłonił się podniesiony do góry kciuk.

    Mistrzu, kiedy tylko stąd wyjdziemy, obiecuję, że…

    Dobrze, zadanie. Czy mi się to podoba czy nie: jest za późno, żeby się wycofać.

    Koślawo, z gracją godną kozy, zaczęłam uderzać stopami o podłogę. Wymusiłam na sobie krzywy uśmiech i nieco szybsze tupanie. Musiałam wyglądać jak Jawa unikający jadowitej jaszczurki.

    Podniosłam ręce w górę. Uderzyło mnie mgliste wspomnienie niemal tanecznych ruchów wśród uspokajającego szumu wodospadów Concordii.

    A może by tak?...

    Próbowałam przypomnieć sobie niewyraźny obraz tego, co pokazywała matka. Zamknęłam oczy, a po chwili moje gesty nabrały sensu. Wymuszałam jedynie ruszanie stopami, by dźwięk zgrywał się z resztą tego, co robię.

    Może po dwóch, a może po dziesięciu minutach otworzyłam oczy. Wszyscy stali w ciszy, która po chwile przestała istnieć. Klaśnięcie, kolejne, brawa przetoczyły się przez salę, na co skłoniłam się sztywno czując, jak buzują mi policzki. Odwróciłam się prędko, kierując na swoje miejsce, by siłować się przeklętymi nakładkami na buty, które naznaczały każdy mój krok.

    – Poszło ci znakomicie. – usłyszałam, kiedy uśmiechnięty Khan opadł na krzesło, sięgając po niedopite wino. – Gratulacje, Thess.

    – Udało się? – nie miałam nawet siły maskować wrogości w głosie.

    – Jakby ci to powiedzieć… – chochliki w jego oczach zabłysły niebezpiecznie. – Załatwiłem sprawę dziś rano, więc tak, udało się. – wyszczerzył zęby.

    Zamrugałam.

    – Jak to rano?

    – Thess, przecież nie potrzebujemy takich środków. – pokazał na kabel wystający z rękawa. – Czekałem, kiedy się zorientujesz, ale nie zadawałaś pytań. Nigdy nie zadajesz mi pytań! Pomyślałem, że skoro i tak już mamy zaproszenie na ten bankiet to równie dobrze…

    – Świetnie.

    Zerwałam się z miejsca, wychodząc z sali jak huragan i ignorując nawoływania kilku z gości. Przepełniał mnie wstyd, dyskomfort, a do tego doszła tęsknota, o której nie chciałam myśleć.

    – Thess!

    Skręciłam w kolejny korytarz, jednak Khan dogonił mnie po kilku krokach. Cholerna proteza.

    –  Thessalio. – złapał mnie za ramię i odwrócił do siebie. Wyrwałam się gwałtownie z jego uścisku.

    – Czego jeszcze ode mnie chcesz?! – warknęłam, dysząc z wściekłości.

    A wtedy głowie łagodnie, delikatnie, zamruczał On.

    Zrobił z ciebie idiotkę, Thessalio. Poniżył cię. Ma cię za głupią. Ma cię za nic. Odwdzięcz mu się, pokaż, że nie ujdzie mu to płazem.

    Patrzyłam ze złością w oczy, z których uciekła już wesołość.

    Zrób to.

    Zacisnęłam powieki. Wdech. Wydech. Przygryzłam język, by usilnie spróbować przywołać się do porządku.

    – Wybacz, Mistrzu. – powiedziałam wyzutym z uczuć głosem. – Powinnam odpocząć.

    Khan patrzył na mnie bez słowa, a ja cierpliwie czekałam aż pozwoli mi odejść.

    – To był głupi żart. – rzucił cicho. – Chciałem cię trochę rozerwać. Dać ci uwagę, na którą zasługujesz.

    – Nie chcę i nie potrzebuję niczyjej uwagi, Mistrzu. – uniosłam wyżej głowę. – Mieliśmy wykonać tu zadanie. Skoro się udało, nie pozostaje mi nic innego niż pogratulować ci dobrze wykonanej akcji.

    Khan westchnął. Stałam sztywno czekając aż w końcu zostawi mnie samą.

    – Dwudzieste urodziny na Coruscant są ważne. Są świętowane bardziej, bo… Nieważne. Wiem, że republikańskie zwyczaje to nie coś, czym byś się przejmowała. – pokręcił głową, wyciągając zza pasa pakunek i podając mi go. – Naprawdę życzę ci wszystkiego najlepszego, Thessalio. Odpocznij. Zobaczymy się jutro.

    Odwrócił się i odszedł.

    Ruszyłam szybko do przydzielonego pokoju, a kiedy tylko drzwi zatrzasnęły się za moimi plecami zrzuciłam ubrania, gnając pod prysznic. Gorąca woda pozwoliła mi zmyć chociaż część emocji, które wciąż kotłowały się w stworzonej przeze mnie celi wewnątrz klatki piersiowej.

    Wytarłam włosy, siadając ciężko na łóżku zdecydowanie zbyt wielkim nawet dla dwóch osób. Mój wzrok padł na paczkę, którą zostawiłam wśród pomiętych szat. Niechętnie wyciągnęłam rękę i przyciągnęłam ją do siebie.

    Dość lekka, prostokątna, owinięta pieczołowicie kawałkiem kabla przytrzymującego materiał. Uniosłam brew, odplątując supeł.

    Moim oczom ukazała się drewniana skrzyneczka. Przejechałam palcami po wieku. To naprawdę było drewno.

    Delikatnie uniosłam pokrywę, nie wierząc własnym oczom.

    W środku była książka. Prawdziwa książka na prawdziwym papierze. Wytłoczony w starej skórze tytuł głosił: Pieśni Wojny i Pokoju.

    Jak on… Oczywiście czytałam wersję dostępną w holonecie, ale to…

    Wyciągnęłam książkę z pudełka, a kiedy odchyliłam okładkę, na narzutę wypadł zapisany kartonik. Podniosłam go zaskoczona, odcyfrowując niezbyt czytelne pismo.

 

Nie udawaj, że nie będziesz tej nocy czytać do świtu.

Ale pamiętaj: medytacja o wschodzie jest obowiązkowa!

(błagam, nie budź mnie na nią) - K.

 

    W jednej dłoni trzymałam unikalny wolumin, w drugiej: niewielką, nabazgraną kartkę. Bez wahania oceniłam co jest dla mnie cenniejsze. 

    Odpędziłam te niedorzeczności od siebie. Jednakże skupiając się na faktach…

    Ubrałam się i wyszłam z pokoju. Bankiet trwał w najlepsze, najwyraźniej grube ryby handlu Republiki jeszcze nie upiły się wystarczająco. Przeczesałam stoły wzrokiem, by szybko znaleźć osobę, której szukałam.

    Khan siedział na wcześniejszym miejscu, ze skupioną miną obserwując refleksy światła w szkle obracanym w dłoniach. Kiedy ktoś do niego podszedł, odprawił go niegrzecznie machnięciem ręką.

    Ruszyłam zdecydowanie do przodu, opadając na wolne krzesło obok. Podniosłam palec w górę, gdy zdziwiony Khan otworzył usta, by coś powiedzieć.

    – Masz rację, Mistrzu. – ubiegłam go, po czym wyciągnęłam dłoń w kierunku przechodzącego w dali kelnera. – Nie godzi się nie spróbować corelliańskiego wina, zwłaszcza mając ku temu dogodną okazję.

    Patrzył na mnie przez chwilę, jakby próbując ocenić co powinien teraz powiedzieć. Odwróciłam wzrok, obserwując jak płyn napełnia mój kieliszek, po czym podsunęłam go sobie pod nos.

    – Nigdy nie pytałam czemu tak lubisz próbować tych wszystkich alkoholi, Mistrzu.

    – To… długa historia, Thessalio. – powiedział powoli, z rezerwą.

    Podniosłam lampkę w geście toastu, a po chwili wahania przybił swój kieliszek do mojego.

    – Cóż… do porannej medytacji jeszcze kilka godzin, więc mogę zaryzykować stwierdzenie, że mamy czas, Mistrzu.

    Mimowolnie uśmiechnęłam się, kiedy zaczął opowiadać z pasją o kolejnych nutach smakowych czy wpływie kultur na dany trunek. Rozmawialiśmy tak długo, aż wyprosiła nas obsługa sprzątająca salę.

    A wino naprawdę było wyborne.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz