Kim jest bohaterka?
Thessalia Ovvu z klanu Vizsla jest kobietą przed 30-stką, która niedawno została pełnoprawnym Rycerzem Jedi i otrzymała uczennicę. Jako Mandalorianka przestrzega Resol'nare i zasad Obyczaju. Przeżyła jednak traumatyczne zdarzenie podczas Prób, co dogłębnie ją zmieniło.
Czerwony pył dławił mi oddech, uparcie jednak wciąż wbijałam wzrok w rysujący się przede mną krajobraz Korribanu. Nie wiedziałam, co powinnam czuć na widok monumentalnych posągów strzaskanych na kawałki w kanionie poniżej.
To miejsce stanowiło część mojego dziedzictwa krwi. Było częścią mnie samej. A równocześnie, przez podjętą drogę Jedi, stanowiło część historii, której powrotu nikt nie chciał.
Moje rozmyślania zostały przerwane przez postać kroczącą wśród pyłu. Lady Astral, jak nazwała ją Eawerti. Astra… Gwiazdy. Rzeczywiście, błyszczała łagodnie w przytłumionym świetle wieczora. Nie powinno jej tu być. Nawet jeśli jest tylko echem.
Nikt nie zasługuje na wieczną tułaczkę w poszukiwaniu nieuchwytnego. Bez odpowiedzi, bez końca.
Mimowolnie potarłam ramiona, próbując odpędzić się od poczucia, że dla Any Krresh muszę wyglądać podobnie. Zagubiona pośród pytań, których nie zadałam i których treści nawet nie znam.
Zamknęłam oczy, ocierając się mentalnie o towarzyszącą mi skrę. Wątpliwości nie są mi potrzebne. Nie teraz. Nie tutaj.
Ja jestem z Mocą. A Moc jest ze mną.
Mimowolnie dotknęłam wszechobecnej aury Korribanu, błądzącej na granicy świadomości. Otulającej moje zmysły dusznym westchnieniem przeszłości. Słodko-mdlące uczucie, które zdawało się… znajome.
Wibrował jak pomruk setek głosów czekających na to, bym je usłyszała. Wszystkie mieszały się w jedno, tworząc dysharmoniczną melodię, która umykała mojemu zrozumieniu.
Wśród wszechobecnego pyłu widziałam kroki wojowników stąpających tu przed wiekami. I chociaż wybrałam inną drogę, szłam ich ścieżką. W moich żyłach płynął ten sam upór. Ta sama siła.
Każdy, kogo spotkałam, uważał, że to niemożliwe, by pogodzić ze sobą to, czym jestem: Jedi i Mandalorianką. Ciekawe co powiedzieliby teraz, gdzie Korriban kusił, by sięgnąć po trzecią spuściznę. Dziedzictwo, które patrzyło na mnie pustymi oczami zniszczonych posągów.
Nie potrafiłam odpowiedzieć czy widziałam w nich drwinę, ostrzeżenie czy tylko pustkę.
Przez chwilę grunt pod moimi stopami zachwiał się, gdy sięgnęła myślą do wypływającego wspomnienia.
___________________________________________________
Sala treningowa Zimowej Rezydencji Mandalora ziała pustką. Każdy już dawno udał się na spoczynek, ale nie ja.
Kilka dni temu po raz pierwszy dostałam ciężki, drewniany kij, który źle leżał mi w dłoniach. Jeden z odcisków pękł. Zacisnęłam usta, oczy przez moment wypełniły się łzami, ale nie dałam nic po sobie poznać.
– Oddychaj, mała – powiedział Balshek. Jego głos był rzeczowy, jakby wypowiadał oczywistość, której świat wciąż mnie dopiero uczył. – Broń w twoich dłoniach jest tak silna, jak twój spokój i cierpliwość.
Chociaż sięgałam mu zaledwie do pasa, widziałam w jego oczach coś, czego ciężko było doszukać się u innych mando. Patrzył na mnie poważnie, jak na równego sobie. Nie na dzieciaka ledwie młócącym kijem.
Doskoczyłam do niego, zamachując się tak, jak wcześniej pokazywał. Uniknął ciosu cofając się o krok, miękko, z gracją niecodzienną u mandalorianina.
– Dobrze. Ale pamiętaj: nie zawsze musisz odpowiadać ciosem. Czasem najlepsza walka to ta, której nie podejmujesz.
– Ale… to bycie tchórzem! – rzuciłam, sapiąc ciężko z wysiłku.
Zaśmiał się, ale ciepło, bez kpiny.
– Nie. To mądrość. Honor nie leży w tym, by zawsze wygrywać, ale w tym, by wiedzieć, kiedy wygrywać nie trzeba.
Tym razem to on uderzył. W ostatniej chwili uskoczyłam w bok, bardziej przypadkiem niż zamierzeniem. Balshek opuścił kij i skinął głową, jakby właśnie tego chciał mnie nauczyć.
– Widzisz? Czasem uniknięty cios jest większym zwycięstwem niż atak. Nie trać sił, gdy może cię to osłabić, Thessalio. Nie tylko w walce.
-----------------------------------
Nagle odgłosy uderzeń kija zostały zastąpione przez mruczące dźwięki zbliżonych mieczy świetlnych. W nozdrza uderzył mnie zapach dżungli i ozonu, a dwaj mężczyźni przede mną od dobrych czterdziestu minut ścierali się ze sobą w pozorowanej walce.
Khan już dawno zrzucił z ramion płaszcz, próbując obejść Anakina, by spróbować go zaskoczyć. Uważnie śledziłam każdy krok obu szermierzy, podobnie zresztą jak kilkoro innych uczniów akademii. Chociaż spędziłam tu już sześć lat, nie potrafiłam przypomnieć sobie imienia żadnego z nich.
– Dość! – krzyknął nagle rozbawiony Khan, unosząc dłonie w górę. – Możemy tak chodzić wokół siebie do jutra, to do niczego nie prowadzi.
– Dobrze. – kiwnął głową Anakin Solo, wyłączając miecz świetlny. – Zanotujcie, że Khan Windu oddał walkę walkowerem. – wyszczerzył zęby.
– Nic nie oddałem! – obruszył się mężczyzna. – Jest remis!
– Oboje, mistrzowie, mieliście dokładnie trzy szanse, by trafić przeciwnika. – powiedziałam spokojnie, zwracając na siebie uwagę wszystkich wokół. – I każdą z nich zniweczyliście chęcią wygrania w bardziej spektakularny sposób niż było to konieczne.
– Żeby uczennica musiała cię bronić…
– Nikogo nie bronię. – zmarszczyłam brwi. – Stwierdzam tylko…
– To może, skoro już wszyscy się tu zebrali… – przerwał mi Anakin, przesuwając wzrokiem po grupie. – Obejrzymy teraz jak Thessalia wykorzystuje słabości Khana, które zaobserwowała. Co wy na to?
Zignorowałam ciche śmiechy i stawianie zakładów dochodzące zza moich pleców. Wstałam, wyciągając miecz świetlny zza pasa. Rozbawiła mnie za to mina Anakina, gdy Khan zmienił kryształ ćwiczebny na prawdziwy kyber.
– Dawaj, Thess! – krzyknął chłopak z tłumu, wywołując uśmiech Khana. Dorn naprawdę nigdy nie wie, kiedy lepiej trzymać język za zębami.
– Masz przewagę. – powiedział Khan, stając przede mną w typowej dla siebie pozycji. – Jestem zmęczony. Stary. Znasz każdy mój ruch. I nie jadłem obiadu.
– Gdybyś po tamtej walce był zmęczony, Mistrzu, straciłabym do ciebie szacunek.
Zaśmiał się głośno.
– No cóż, mogłem się spodziewać, że nie zaprzeczysz mojemu wiekowi.
I skoczył w moją stronę z pełnym impetem. Poruszał się lekko, niemal tanecznie, jego ciosy były szybkie, ale nigdy ślepe. W każdym był rytm i precyzja, którą doskonale znałam.
Uniknęłam trzech ciosów, parując czwarty. Kątem oka zobaczyłam, że obserwujący nas tłum się powiększył.
– Znowu blokujesz – skomentował z uśmiechem. – Nie boisz się, że kiedyś od samego bronienia się zapomnisz, jak się atakuje?
– Jedi nie walczy, by atakować. – odskoczyłam, obracając miecz w dłoniach. – Tylko, by się bronić.
– Historyczny moment, gdy coś takiego wychodzi z ust mandalorianki. – puścił mi oko.
Drgnęłam.
– Mandalorianin ma być skuteczny. Przede wszystkim.
Ta chwila mojego rozkojarzenia wystarczyła, by jego spojrzenie się zmieniło. Stało się ostrzejsze, bardziej skupione. Nie tak zawadiackie, jak podczas walki z Anakinem, która wyglądała na zabawę.
Doskoczył do mnie. I chociaż mogłam się tego spodziewać, coś zawiodło. Odskoczyłam na bok, w ostatnich chwili łapiąc równowagę, by nie trafić twarzą w ubitą ziemię pod swoimi stopami.
Moja mechaniczna noga kolejny raz nie nadążyła nad myślą i resztą ciała.
Odruchowo uniosłam miecz, by odbić lecący w moją stronę cios. Ostrza były tak blisko naszej skóry, że na ustach czułam bijące od nich wibracje.
Uniosłam wzrok, widząc jak błękit odbija się w brązowych oczach Khana, które nigdy nie znajdowały się tak blisko mojej twarzy.
– Nie można wiecznie uciekać, Thess. – jego ciepły oddech omiótł mi policzek. – Czasem trzeba zaryzykować. I pierwszemu unieść miecz.
Zbierając całą siłę woli, odepchnęłam go Mocą, sama stając na równe nogi. Poprawiłam chwyt na rękojeści i wzięłam głęboki oddech. Skup się. Co wiesz?
Jego lewa ręka nie domaga pod zbyt dużym kątem, pozostałość po… to teraz nieważne. Ramię. Częste skurcze w łydce. Będzie zachodził mnie od takiej strony, z której wykorzysta moją wolniejszą nogę. Przyzwyczaiłam go do uników i bloków.
I jeszcze nigdy nie wygrałam żadnego sparingu.
– Gotowa? – powiedział spokojnie. Po jego neutralnej pozycji nie byłam w stanie wywnioskować niczego.
Kiwnęłam głową. I zaczęliśmy nasz taniec.
Minuta za minutą, cios za ciosem, blok i unik. Straciłam poczucie otoczenia, liczyło się tylko starcie ostrzy, które raz za razem błyskały szaleńczo.
A wtedy zdarzyła się okazja.
Celowo odsłoniłam bok, przesuwając stopy tak, by pozwoliły mi wykonać odpowiedni manewr. To ostatnie umknęło Khanowi, który od razu zauważył moją słabość.
Cień zaskoczenia na jego twarzy, gdy sparowałam miecz beskarową protezą był dokładnie tym, czego potrzebowałam. Wystarczyło odepchnąć jego ostrze, obrócić się na pięcie stając mu za plecami, gdzie ręka nie mogła się odpowiednio wykręcić i zatrzymać broń na wysokości karku.
Zapanowała cisza. Patrzyłam na Khana, który jeszcze przez chwilę próbował zrozumieć, co się właśnie stało, by unieść na mnie wzrok pełen…
– To… – opanowany, miękki głos sprawił, że oboje odwróciliśmy się w jego stronę. – Było pouczające. – powiedział Mistrz Luke, po czym ruszył w stronę dżungli, pogwizdując z zadowoleniem.
Wyłączyłam miecz, odstąpiłam o krok i skłoniłam się sztywno Khanowi.
– To była dobra walka, Mistrzu.
A wewnątrz mnie krew i adrenalina wrzały do granic możliwości. Nie dałam jednak poznać po sobie, że nigdy nie czułam się bardziej żywa.
___________________________________________________
Ciepły podmuch uderzył mnie twarz, gdy świadomością wróciłam na powierzchnię Korribanu. I zdałam sobie sprawę, że nie jestem sama.
Postać Lady Astral majaczyła przede mną, bliżej niż wspominała o tym Seraya. Nie sposób jednak było dostrzec szczegółów niewyraźnej sylwetki, która zdawała się jednak niemal wpatrywać prosto we mnie.
Wystarczył jednak jeden krok, by kształt rozwiał się w czerwonym pyle.
Zamrugałam.
Wszystkie moje wspomnienia sprowadzały się do jednego. Do słów moich rodziców, które teraz słyszałam wyraźniej niż kiedykolwiek.
„Nasze oczekiwania są mało istotne. Ważne, żebyś nie zawiodła siebie”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz